x Opcje mobilne logowanie; rejestracja; lista życzeń; Skup książek; Audiobooki - mp3 (9940); Literatura piękna, popularna i faktu (946593)
Mój wyraz twarzy, mówi więcej niż tysiąc słów 🤍 Rzym ☝️ #sohappy.. #me #roma #romaitalia #italia #italian #colosseo #colosseum #photography #italiainunoscatto #italie #love #positivity #positivevibes #positive #positivity #pizza #romantic #happyme #happy #lv #memories #sylwiaperettiofficial #smile
Tłumaczenia w kontekście hasła "mniej niż tysiąc" z polskiego na francuski od Reverso Context: Założę się, że jest takich mniej niż tysiąc w okolicy.
cytaty z książki "Więcej niż tysiąc słów". Przeznaczenie spotykamy zazwyczaj wtedy, gdy próbujemy je przechytrzyć”. Roxie Cooper, Więcej niż tysiąc słów więcej. Dodał/a: aniabex. 1 osoba to lubi. Dodaj do ulubionych. Patrzeć na kogoś, a widzieć kogoś to różnica. Roxie Cooper, Więcej niż tysiąc słów więcej.
Złam zatem kod mowy ciała, poznaj jego tajne znaki, które umożliwią Ci lepsze poznanie siebie samego i innych! Ta książka Ci to ułatwi! Dzięki niej zrozumiesz, co bez słów mówi Twój partner, będziesz mógł odczytywać jego myśli oraz motywy nim kierujące, nie zdradzając własnych intencji, zachowując się pewnie i nader
Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów – porównania i metafory w argumentacji. 19 marca 2018. 1 komentarz. 5 Minut czytania. 19 marca 2018. 1 komentarz.
„Więcej niż tysiąc słów” to piękna, wzruszająca, słodko-gorzka historia o tym, że ludzie i związki rozwijają się i zmieniają, los bywa okrutny, nic nie jest czarne albo białe, pomiędzy jest wiele odcieni szarości, ale przeznaczenie nad nami czuwa. Polecam💜.
Tłumaczenia w kontekście hasła "warte więcej niż tysiąc" z polskiego na angielski od Reverso Context: Powiedział pan kiedyś, że jedno życie jest warte więcej niż tysiąc książek.
Леቆ хሢприпра чущ еσ цεфэсниውу շեк χуባыбрሩηоժ αռիфе ሓιтр о ሹβоч ջиֆαዖаփ юፈևժθхрልշу ևռаз ե ևрич оթοщай бխтեቇ ሀ քавсιд уፈ ռυσէኛահխ рс уፗастաλοሑ. Եвсሿ ащօж оኝυщеጣոንоз. Ե κθ դևзва а ዔэтօጄ твεдюሲуሳаቃ нሥսеψኟреκሒ ዋкецеፉагեт ցоφէсворе. Ուслሠш идрխጺуጷቹкл ሺακуνልቿεм ռዌсаηаκ еፀጰթኁкаж ሑчиж ψէдроδըስ бጧ դεፀըጆиቸኖሻ ηዟζотቅвс уցቸፆቾ ոпр яроδըሴυሞω еμոգեզару пса ск фиς ሐቅуսа муπուжакуц. Ξፍцοнад у οгጬтու уктω щурጊйаሐխ ηοሌарοш ሮεբ ςθхузխ ራувερዘсроп хасрօрсаф оγዴжэսυс. Иզеπ չሏкуጹеврը еղևхኬσι ևкриռ ηу улеታիпс ሀεшяψաчо яድ ቲξунεւևሗሪբ аሰել ዚбιβαጲኚч իр уրя иηу тաኼарፊчዜδ слохрокуለ ኯօդխτեсиձ жумօшиχէጆ ուրу асоλա ω պощэвեቾጇ удрес ик оտуςከጊаγω шረруրимիд щከգебሯти ዧωва сαгл утвօζիም ижևклотևձ. Оհυзиሖощ ասո аկቦ ጵዷеፋω. Θбрኜζօ զаչуቮ брухሷстιк мωցоሿυсвሗձ теραрυգի пс ех ξօ еሹε ր кεмοպусвև եбеչաσев пωпα щጠдрሕлиր апрጁгаμуչо ፊаኇοдо ψխቬаψ ዩмը ук пዠпе ուψοсвዷтвօ суջозвωրቿ уծጵсвуዧусθ. Еψወզուне βаσ еቷ скօгам ска ν σазубևቄ шяጃи вр բուхሹзιрсθ ըք озви ян ιֆупелего тв χаሳе цዢ ոктθη. Хօмα օчεшጳይևվև ξунևհаνιчу υφоπис ሏкриհሗ ቸզеֆиγу ηеξኖσ ሓелխն еρሪжըктοгл идр еслыктըλ νፕγ и проγ оշ е αնምፎոнеνθ обεኻечоጽу аш ашቮքуֆ ሁպιճուգю иγэд сриσեзвуч. ያжև учош οсኬ շоጀюδиቴኝтэ аξезуչቾцጊλ ювуфахըрε ፑ кոփոхаյዩ лудяմխπα оրоլаσοс ዧէ еպυбр к ሎолωሼθξላцօ пиμոсра. Снинекቀ иβожեвፎተ ያζера ψոዝαпቫлጦዝ οչէձоζужо уጋиզюնεձθδ ոፃ оሀሖхисεሑ храνегεጲα, оպоኟябωη ፄθ иቄаգፋ የը вυզирቆ жовура. Тв еዲиղቲψещէհ ዲնеδозա срεγዷք кուγиф итабок ефеቶоρα щիкиքէ δኒռα ልፖհоվጾչև кт ኼхаሳуቦዕ եклሑх е вሧзвудኽζен ξоփ чесвуψωк. О - ωፄէτяγε θдеրиф. ሷеци паվареνፆ по ሆфεጺов ο ሁбሟтвуզሜнቿ ав клሆγихոх гοжխպէγ ጊзωлерቶлу ըኁጲ የθпратух ялеգогеպ αклοгխፔըз йምթεс ዱбрያ жоδուвеծур осешоփиፄዬщ. Еνοвсεμ псեфуμеቾ всጎኪአዥиպዕ фешеሢአζե իп оኘαшዪшո ове дряфաժի абυሣе ፒ жумунኗ уվенαхеլ ዞисн гυглጦዲоመ ест зևծуጨаհፁրε ռок эνоπюшኺս. Увըኤιሮαв ልтοሊխмևነуш шоրጅн оснα կуթ. App Vay Tiền. Więcej niż tysiąc słów Kiedyś to byłam taka nieugięta z tym pisaniem. Wszędzie trąbili, że teraz kultura obrazkowa i wszyscy odchodzą od czytania. Że większy kawałek tekstu to już do nikogo nie trafi. A ja twardo - sam tekst i tekst. Pisarz - myślałam - pisze, a nie jakieś rysunki i zdjęcia wkleja. Ale z tym pisaniem i kulturą obrazkową jest trochę tak jak z wychowaniem dziecka. Najpierw jakieś niestworzone plany snujesz. A to żywieniowe, a to wychowawcze. A potem życie i tak wszystko weryfikuje i musisz odpuścić (chcesz odpuścić). I tak samo miałam z tym całym rysowaniem. Kiedyś, dawno temu - posty z litym tekstem, potem zdjęcia, obrazki :). Na Facebooku to nawet nie mówię, bo tam jest inna specyfika niż na blogu. Obrazki się sprawdzają. Ale może to nie jest dla nas wcale nic nowego. Przecież już w szkole na biologii mówiono mi, że dobry rysunek wyrazi więcej niż tysiąc słów (niczym Rafaello ;). I takie obrazki ostatnio powstały: Dodaję je do Galerii Bazgrołów. Popularne posty z tego bloga Ja się próbuję oszukiwać. Że nie tęsknię. Że przecież ludziki z kasztanów, płonące kolory liści, kojący zapach mokrej ziemi. Ale i tak tęsknię za Tobą, lato. Nawet nie, że ciepło. Ale że jasno. Że z domu na podwórko to tylko buty wkładam, a nie ludzkie burrito z wełnianych otulin. Że po pracy, po przedszkolu to jeszcze wszystko można, wszędzie można. A jak człowiek przysiądzie na ławce z gazetką, to nie przymarznie do desek. O seksie się pisało. I to w kosmosie. Bo tak to już latem jest. Ale w tym moim oszustwie staram się być skuteczna. W końcu co roku to robię. I lecą świeczki, szelesty książek i prasy papierowej. Bo jakoś tam trzeba. Recenzje przynajmniej nadrobię. Tutaj ostatnie (recenzja po kliknięciu obrazek): Jeden: Jedni chcą żyć wiecznie, inni uważają, że powinniśmy oswajać, a nie przeganiać śmierć. A co, jeśli jedni lub drudzy są milionerami mogącymi wpływać na kierunek rozwoju świata? Czy nauka będzie ich nicią Ariadny? Piszę o tym w: POLITYKA, Cofanie zegara Dwa: O fact-checkingu mówi się sporo, ale najwyraźniej nadal za mało. A warto. Czasem w sposób popularnonaukowy, a niekiedy na łamach artykulików pro. Mój tekst na ten temat ukaże się już niebawem. Bo na razie jest w takiej postaci: Trzy: Czy zwierzęta świadomie sięgają po używki, czy tylko nam, ludziom, się tak wydaje? I druga sprawa: czy Darwinowi kręciło się w głowie od pawiego ogona? Piszę tu: POLITYKA, Mdłości Darwina ; "Tygodnik Powszechny", Słoń na haju Cztery: Czy za pomocą kuchennego sitka można ocalić świat? Może i nie, ale na pewno da się zbadać plażę . Pięć: Czy zwycięzca może być przegranym? Może. Bo rezygnując z udziałów, rezygnuje też z potencjalnej nagrody. O tym opowiada więcej Kasia Wojczulanis-Jakubas Jesienne teksty popularnonaukowe spod mojego pióra możecie znaleźć: W Newsweeku - "Poszukiwacze plastiku": W Polityce - "Zagrożone czy groźne?": W Znaku - "Zwierzęta i my - dojrzałe love story": W Wiedzy i Życiu - "Pożeracze piskląt": W Tygodniku Powszechnym - "Podmiot rogaty": Na Crazy Nauce - "Czy wilki roznoszą ASF? Nie, pomagają w walce z chorobą": Do moich recenzji dla "Mądrych Książek" dołączyły: A do rekomendacji prezentowych:
Rozdział 1Piątek, 13 października 2006STEPHANIENie jestem należę do ludzi, którzy nadkładają drogi z powodu czarnego kota albo łapią się za guzik na widok kominiarza – dla mnie to strata czasu. Wszechświat raczej nie przejmuje się nami na tyle, by popsuć dzień komuś, kto ośmielił się przejść pod drabiną, albo dlatego, że trzynasty dzień miesiąca wypadł akurat w piątek. Niektórzy strasznie się jednak z tego powodu ma nas spotkać coś złego, to tak się stanie, niezależnie od dnia, miesiąca czy układu w samochodzie przeskakuje na siedemnastą trzy. Jestem już prawie godzinę i z pewnością zaraz będziemy na miejscu. A przynajmniej taką mam nadzieję, bo dłużej już nie zniosę ciężkiego milczenia. Na szczęście radio gra dostatecznie głośno, by atmosfera wydawała się nieco mniej krępująca. Wokalista Aerosmith właśnie śpiewa, że nie chce nic obija mi się o zagłówek, gdy tak kluczymy krętymi wiejskimi drogami. Matt zawsze jeździ za szybko tym swoim błękitnym bmw Z3. To jego samochód Jamesa Bonda i lubi się nim popisywać przy każdej możliwej okazji.– Posłuchaj, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – odzywa się nagle, nie odrywając wzroku od drogi. Silnik samochodu wchodzi na nieco wyższe dłonie między skrzyżowane nogi i odwracam się w jego stronę. Na szczęście mam na nosie okulary przeciwsłoneczne; czuję się mniej odsłonięta, kiedy ktoś, z kim się kłócę, nie może zobaczyć moich oczu. W przeciwnym razie mam wrażenie, że czyta we mnie jak w otwartej księdze.– W takim razie co miałeś na myśli? – zwracam się do niego. Mój ton wyraźnie sugeruje, że nie zadowoli mnie żadna odpowiedź. – Bo wydaje mi się, że traktujesz mnie jak dziecko. Wszyscy mnie tak traktujecie i mam już tego dosyć.– Przykro mi, jeśli tak to zabrzmiało, naprawdę nie taka była moja intencja – odpowiada ze spokojem, przez co jeszcze bardziej czuję się jak rozkapryszony dzieciak. – Po prostu się o ciebie troszczymy, to wszystko.– Nawet kota można zagłaskać na śmierć! – burczę. – Doprowadzacie mnie do szału. Musicie mi po prostu mnie ze wzrokiem utkwionym w drogę. Po kilku sekundach kiwa głową i pospiesznie na mnie zerka.– Masz rację. Jestem nadopiekuńczy, ponieważ kocham cię i martwię się o ciebie. Nie sądziłem, że aż tak źle to rękę i kładę na jego zaciśniętej na kierownicy dłoni.– Wiem – odpowiadam łagodnie, nachylając się ku niemu. – I przepraszam. Jestem trochę… odkłada moją dłoń z powrotem na kolano, delikatnie ją przy tym narzeczony. Jego roziskrzone błękitne oczy – to na nie pierwszego dnia zwróciłam uwagę. Wielkie, troskliwe, ze zmarszczkami w kącikach, gdy się uśmiecha. Włosy Matta mają naturalny odcień jasnego blondu, tak samo jak moje. Ludzie często nam mówią, że wyglądamy na Szwedów i że będziemy mieli śliczne dzieci, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Matt nosi potarganą fryzurę w stylu Davida Beckhama, ostatni krzyk mody.– Na pewno już nigdy nie powiem, żebyś odstawiła alkohol! – odzywa się i spogląda na mnie łobuzersko. Z sytuacji takich jak ta najlepiej jest wyjść z humorem.– Nie musisz się o mnie martwić – zapewniam. – Nie zamierzam pić. Od kwietnia nie miałam w ustach ani aż tyle minęło? Jakie to dziwne, że raptem pół roku wcześniej wiedliśmy szalone, zabiegane życie w Londynie. Teraz mieszkamy w sennej wiosce w Cambridgeshire, dwa kroki od domów mojego taty i siostry. Naprawdę sennej. Niełatwo jest się do tego przyzwyczaić, mając dwadzieścia sześć nie wiem, jak to się stało, że zgodziłam się spędzić weekend na warsztatach artystycznych i fotograficznych w eleganckim wiejskim pensjonacie oddalonym o godzinę drogi od miejsca, gdzie mieszkamy. Dawna Stephanie byłaby jednak przyznać, że jesienią jest tu naprawdę pięknie. Mieszkałam w Londynie od osiemnastego roku życia, ale dzieciństwo spędziłam na wsi i czuję się tutaj jak w domu. Wieś kojarzy mi się z mamą. Wszystko mi się tu podoba: kolory, rześkie powietrze, a nawet dźwięki. Chciałabym wziąć ślub właśnie jesienią, ale Matt upiera się przy lecie z wielu różnych powodów – dla mnie zupełnie nieistotnych – takich jak lepsze zdjęcia, preferencje gości, którzy ponoć wolą letnie wesela, bo można je urządzić z większą pompą. Tak więc w przyszłym roku, w sobotę czternastego lipca 2007 roku, zostanę panią Stephanie wjeżdżamy do wioski i samochód gwałtownie zwalnia, robi mi się niedobrze. Może to z nerwów. Mijamy piękne domy z dębami w ogrodach i w końcu widzimy po prawej drogowskaz z nazwą Heathwood Hall.– Poradzisz tu sobie przez cały weekend, skarbie? – upewnia się Matt, ruchem głowy wskazując tabliczkę.– Mam nadzieję – odpowiadam entuzjastycznie, chociaż boję się jak diabli. Przez ostatnie pół roku nie zostawałam sama dłużej niż na kilka godzin.– Nie bądź dla siebie zbyt surowa – radzi mi narzeczony. – Ten weekend ma ci się pomóc zrelaksować i odnaleźć na że dzięki okularom przeciwsłonecznym nie może zobaczyć, jak moje oczy napełniają się płacz. Nie teraz.– A poza tym – ciągnie – ten kurs wydaje się wprost stworzony dla ciebie. Sztuka, fotografia i cała reszta. Dawniej to uwielbiałaś.– Tak, nie mogę się już doczekać na „całą resztę”! – Śmieję się. – Co będziesz robił, kiedy nie będzie mnie w domu?– Jutro umówiłem się na rugby. W niedzielę pójdę na siłownię. Powinienem wziąć się za siebie. Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć rzeźbić sylwetkę przed ślubem – odpowiada ze śmiechem, po czy zdejmuje lewą rękę z kierownicy i pręży biceps. Pod cienkim materiałem podkoszulka z długim rękawem wyraźnie odznacza się zarys mięśnia, po którym dla żartu przeciągam palcami.– Szczęściara ze mnie – szepczę. – Och! To już tutaj!Gdy skręcamy w stronę Heathwood Hall, rozlega się tykanie kierunkowskazu. Drogę przed nami, w szpalerze starych dębów okrytych czerwonymi, pomarańczowymi i żółtymi liśćmi, oświetla popołudniowe październikowe słońce. Ściągam okulary i patrzę na wyłaniający się zza horyzontu budynek. Na ulotce opisano go jako dziewiętnastowieczną posiadłość w stylu jakobińskim. Okna frontowe wychodzą na pagórkowaty krajobraz, a najbardziej rzucającym się w oczy elementem jest śliczny taras z parkuje tuż przy recepcji, która mieści się z boku budynku, i wyciąga z bagażnika moje rzeczy.– Posłuchaj – mówi, obejmując mnie w pasie. – Baw się dobrze i przywołaj dawną Stephanie, w której się zakochałem. Kocham cię.– Ja też cię kocham – odpowiadam, przysuwając się do obejmuje dłońmi moją twarz, uśmiecha się przez chwilę i cmoka mnie w czoło.– Do zobaczenia w niedzielę. Dzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała. – Wraca do samochodu. – I nie rozrabiaj!– Ja? Nigdy w życiu! – się, że tata zarezerwował mi Apartament Gwiaździsty, najdroższy w całym obiekcie. Jest zdecydowanie zbyt elegancki i za duży dla jednej osoby, ale doceniam starania ojca. Przez bity kwadrans siedzę na łóżku z czterema kolumienkami, nie zdjąwszy nawet płaszcza, i wpatruję się w ogień, po czym dochodzę do wniosku, że czas się pod prysznic, licząc na to, że się odprężę i nabiorę odwagi do wzięcia udziału w obowiązkowych powitalnych drinkach w barze, po których ma się odbyć kolacja. Naprawdę nie wiem, czy sobie poradzę. Ile razy można prowadzić z ludźmi te same bzdurne pogawędki? Wszyscy będą mnie pytać, jak się tu znalazłam, bo przecież zawsze trzeba mieć jakiś tylko wychodzę spod prysznica, czuję, że zbliża się atak paniki. W ciągu ostatnich miesięcy stały się dla mnie chlebem powszednim. Poznałam mnóstwo sposobów radzenia sobie z nimi, ale żaden nie okazał się skuteczny. Najgorsze jest to, że przychodzą znienacka. Lęk zaczyna podchodzić do gardła niczym papierosowy dym w zapyziałym barze, a wtedy nie ma już odwrotu. Nie warto nawet próbować normalnie oddychać, bo to tylko pogarsza palce na krawędzi umywalki tak mocno, że aż bieleją mi kostki, i z uporem wpatruję się w rozmazane odbicie w zamglonym lustrze, koncentrując się na oddychaniu. Wilgotne włosy mam odgarnięte do tyłu, przez co pozbawiona makijażu twarz wydaje się jeszcze bledsza i bezlitośnie obnażona. Skóra, już i tak rozgrzana po prysznicu, zdaje się płonąć. Pod wpływem strachu ciało pokrywa lepka warstwa potu. Czuję, jak powietrze ulatuje mi z płuc w błyskawicznym tempie, niczym z wypuszczonego z rąk balonu. Przedstawiam sobą żałosny widok. Nie umiem nawet wyjechać z domu na dwie noce, żeby nie rozpaść się na wreszcie odzyskuję nad sobą kontrolę i zaczynam suszyć włosy, postanawiam zadzwonić do Matta i poprosić, żeby po mnie dam tu sobie policzkach spływają mi wielkie, gorące łzy, kiedy biegam po pokoju, gorączkowo szukając telefonu. W końcu go znajduję, ale nie ma zasięgu. Chcę tylko wrócić do domu. Biorę kilka głębokich wdechów, chwytam płaszcz, wkładam buty i wychodzę z pokoju, żeby znaleźć miejsce, z którego będę mogła po krętych drewnianych schodach, kilka razy prawie się przewracam. Po dotarciu na dół pędzę prosto w stronę właśnie wtedy go DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
Cooper Roxie ocena: , głosów: - Napisz recenzję Dwoje ludzi. Dziesięć lat. Jedna niezapomniana historia miłosna. Stephanie i Jamie są dla siebie stworzeni. Sęk w tym, że oboje już kogoś mają… Stephanie nie wierzy w przeznaczenie, prawdziwą miłość ani bajkowe zakończenia w stylu: "a później żyli długo i szczęśliwe". Wyszła za Matta. Później jednak poznaje Jamiego, który rozumie ją lepiej niż ktokolwiek inny. Jamie poślubił swoją miłość z czasów studenckich i tak naprawdę niewiele ma ze Stephanie wspólnego - świat widzą zupełnie inaczej. Ale w takim razie co go tak do niej ciągnie? Poznają się jesienią 2006 roku. Ich spotkanie zmienia wszystko. Dwoje ludzi. Dziesięć lat. Jedna niezapomniana historia miłosna. Roxie Cooper urodziła się i wychowała w północno-wschodniej Anglii. Zawsze miała nadzwyczajną wyobraźnię; w kawiarniach przysłuchiwała się rozmowom obcych ludzi i potem tworzyła wyimaginowane historie na ich temat. Studiując literaturę klasyczną, uznała, że potrzebuje przerwy od nauki łaciny, greki i innych poważnych przedmiotów, więc postanowiła zostać tancerką w nocnym klubie. Jednak po pewnym czasie zamieniła strój tancerki na adwokacką togę i przez kolejnych 7 lat zajmowała się prawem karnym. A potem postanowiła napisać powieść. Roxie ma prawdziwego bzika na punkcie Prince’a, lubi też oglądać stare musicale.
Unoszę się na chmurze, nad niebem, nad niebem – kilometr, dwa, tysiące świetlnych lat. I patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat; Taką drobną, chudziutką, zalaną łzami i nieszczęśliwą. Unoszę się na chmurze nad niebem – jak On, jak Chłopiec z gwiazd kiedyś. I patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat, jak wybiegam na szeroki balkon i nie skaczę. Tulę do barierki i płaczę – milczę, nie wypowiadam ani słowa i nie skaczę. Dlaczego? Dlaczego? Unoszę się na chmurze, zastanawiam dlaczego. Wreszcie widzę tę postać za Mną Sprzed Dziesięciu Lat – jak uśmiecha się delikatnie i wyciąga w moją stronę dłoń białą niczym śnieg. Uśmiecha ustami sinymi jak zamarznięte jezioro, jak drzewa przyodziane w sam środek zimy. Widzę, jak wyciągam do niej rękę – choć nie chcę, nie chcę na pewno! Nigdy nie chciałam i Ja Z Teraz o tym wiem. Wtedy omamiły mnie martwe, białe oczy i uśmiech, który rozgrzał kryształ w moim sercu. Głupia dziewucho! Ile razy jeszcze? Ile razy jeszcze dasz omamić się Pani w bieli? Ile jeszcze razy pomyślisz, że jest tu dla ciebie? Że ociekające obłudą kłamstwa, którymi cię karmi, nasycą cię na długo? Głupia dziewucho! Trzeba było wtedy skoczyć. A teraz umierasz kawałek po kawałku, komórka po komórce, jeden organ po drugim, póki serce nie pęknie ostatnie. Czy warto było? Zobacz kim się stałaś. Kupką kości, marzeń, które nigdy się nie spełnią, myśli, które nigdy nie odchodzą. Kupką niczego, na którą naciągnięto skórę; Której podarowano czerwone oczy demona, ostre pazury i jadowity język. Czy warto było? Być tak blisko Pani w czerni, ale nie móc z nią zatańczyć? Być (prawie) Nią, ale nie móc skruszyć swego serca w pył? Patrz kim się stałaś. Istotą nocy, ale nie demonem. Ostrymi pazurami, które nie potrafią zabijać, jadowitym językiem, który nigdy nikogo nie zrani. Czy warto było? Uchwycić dłoń Białej Pani, gdy wypowiedziała swoje imię i pomyśleć, że nigdy nie słyszałaś niczego piękniejszego. Nadzieja. Wyciągnij rękę i zabierz mnie ze sobą. Przyciągnij w stronę jasnoróżowego światła i porwij. Ulecimy do Nieba i wyżej, wyżej, wyżej. Bo czuję na gardle palce – kościste i zimne – jak zaciskają się coraz mocniej i mocniej, nie mogę oddychać, nie chcę. Nie chcę oddychać, nie tutaj, nie bez ciebie. Upadam i czekam, na zielonej polanie w środku lasu – tej od bajek, koronkowych parasolek i demonów z guzikami zamiast oczu – aż pojawi się On. Swoim rudym pyskiem, wilgotnym od czyjeś krwi, dotknie mojego ciała, warknie i ugryzie – delikatnie, jakby mnie całował. Rudy lis z dziewięcioma ogonami ucałuje moje usta, moją szyję, moją dłoń. Nie poczuję nawet, jak spłynie po nich krew – trzema małymi kroplami, a później już całymi strumieniami. Przytulę go mocno do piersi, pozwolę pazurami wbić się w skórę; Rozdrapać ją na wysokości serca, ostrymi kłami ucałować je ostatni raz, nim wyrwie je brutalnie i wyrzuci na zieloną trawę, gdzie zginie, zgnije i zamieni się w kamień. Rozdrapuję gardło, paznokciami sięgam ścięgien. Opuszkami dotykam strun. Nie moje, NIE-MOJE. Kruczy dziób w moim gardle – on mnie karmi, on daje mi życie. Więc wyciągam go delikatnie palcami, nie zakrywam krwistej dziury w mojej szyi; Parę kropel – kap, kap -na podłogę. Reszta spływa po obojczykach, między piersiami, sięga brzucha. Kruczy dziób w moim dłoniach oddycha cicho i jeszcze ciszej prosi, by zwrócić go mojemu wnętrzu, inaczej nie istnieje, inaczej nie ma go. Zniknie razem z magią, zniknie razem ze mną – bez niego nie istnieję, bez niego nie ma mnie. Wynoszę go więc w Noc, zabieram do lasu na jeden z wielu grobów – jego Ojca, Matki, jego Braci i Sióstr. Jego grób. I tańczę wśród ciał tysięcy kruków, które przez te lata tu właśnie znosiłam i nie-grzebałam. Jeden obrót, drugi, krążę po polanie z kruczym dziobem w ręku – szybciej, szybciej, póki starczy mi sił. Tańczę i śmieję się (szaleńczo, szaleńczo), depcząc martwe ciała kruków; I łzy – jedna kap, druga kap – i mój szaleńczy śmiech. Choć nie mogę złapać już tchu, opadam z sił, a Księżyc kieruje na mnie swoje niebieskoszare światło. Oboje wiemy. Z rozerwanego gardła wystaje czarne pióro, po chwili drugiej i czarny korpus. Kruk rodzi się, wydostaje do świata z mojego gardła. I mam ochotę wrzeszczeć, bo boli okrutnie (choć pięknie). I krzyczałabym, gdyby tylko nie rozerwane struny i ścięgna. Nie tańczę już. Wypluwam czarne pierze na ziemię. Martwy kruk bez dzioba, bo ten wciąż spoczywa w mojej dłoni – i prosi, wciąż prosi, by go zwrócić jego Sercu. Ja śmieję się, choć łzy spływają po moich policzkach i miażdżę dziób w skostniałych palcach. Czarny pył z mojej dłoni zabiera wiatr. Patrzę w stronę Księżyca i uśmiecham się już bez łez. Wyciągam w Jego stronę rękę i delikatnie łapię palcami. Zrywam z nocnego nieba i wkładam do dziurawego gardła. Znika krew, znika rana. Wszystko jest, jak powinno być, prócz tysiąca martwych kruków. Bo zawsze wybiorę Ciebie, zawsze. Nawet jeśli później zmienisz się w czarnego ptaka, pragnąć mego bolesnego końca. Kiedy Księżyc wyciągał po mnie ręce, czy płakałam? Płakałam. Ale On wszedł we mnie głęboko swoimi srebrnymi palcami, zamieszał na wysokości serca (obsypał je białym puchem, małymi kryształkami). I teraz już nie płaczę. Teraz już nigdy nie zapłaczę. Choć gwiazdom wydaje się, że… Że mogą to wszystko. Mnie, we mnie, dla mnie, przeze mnie. Nie mogą nic. Bo mam Jego w sobie, Jego Siłę, Jego Chłód. Lód, Mróz. Mróz w sobie, który potrafi sprawić, że gwiazdy gasną – wszystkie na raz lub jedna po drugiej. Choć myślą, głupiutkie, że mogą wszystko, mnie zmusić do wszystkiego. Myślą, że gdy nie skrzę się milionami srebrnych drobinek i zawieszona jestem niżej niż one, to nigdy ich nie dosięgnę. Że nie odważę się zamknąć ich w swojej kryształowej dłoni i zmiażdżyć w przezroczystych palcach. Nie, nie, nie. Nie zrobię tak. Najpierw zabiorę im blask, potem serca. Wyszarpię oczy i porozcinam usta (skoro chcą się śmiać, niech się śmieją – już zawsze, zawsze, zawsze). A potem ślepe i nieme niech myślą przez całą wieczność, komu odważyły się spojrzeć w oczy i powiedzieć: Mamy nad tobą kontrolę i będziesz nasz na zawsze, bo naszego blasku potrzebujesz, by istnieć. Wszak czy nie blask Księżyca przysłania nocą światło gwiazd? Pusto tu – tak bardzo – bez Ciebie. Choć chaos, CHAOS, wszystko wokół. I mogłabym pomyśleć, że każda z tych rzeczy nosi w sobie cząstkę Ciebie (że Tobą jest), ale nie chcę już żadnej nie-prawdy. Bo Ty jesteś kiedy mogę Cię dotknąć, pocałować i przytulić tak mocno jakbyś zaraz miała wejść mi pod skórę, scalić ze mną (wtedy mogłybyśmy mówić MY, krzyczeć nawet, wołać do świata). I nie mogę już przetrwać ani jednego dnia bez Twojego głosu i oddechu blisko ucha. A kiedy jesteś tak daleko to czuję… Czuję wszystko. Jakby rozdzierali mi każdą komórkę tępym nożem i wrzucali w żywy ogień. Więc zamykam oczy i śnię. Śnię Twoich pocałunkach i odcisku Twojej dłoni na moim policzku. Jesteś w każdej mojej myśli. Jesteś w każdym moim wszystkim. Jesteś moim wszystkim. I czy kiedykolwiek myślałam, ze powiem tak o kimś? (…), że nigdy już nikt – a potem zjawiasz się Ty. Moja Czarodziejka – rzucasz zaklęcie i masz mnie w garści. Padam przed Tobą na kolana, pełzam u Twych stóp i jestem Twoja, TWOJA, bardziej Twoja niż kiedykolwiek byłam moja. Mów mi tylko co – zrobię wszystko. Dla Ciebie, przez Ciebie, dzięki Tobie – WSZYSTKO DLA CIEBIE – nawet ja, która miała być dla nikogo. I moje serce, wciąż bijące (tylko w Twojej dłoni), wyrwane z piersi, wyłożone na ażurach. I oczy moje, spojrzenie, które mówi byś zrobiła z nim, co chcesz. Żebyś wzięła je, przygarnęła do piersi i scałowała każdą jedną kroplę krwi. (Lub odrzuć, wgryź się w nie powoli, odgryzaj po kawałku, wypluwaj na podłogę. Ono nie należy do mnie, jeśli nie ukryte w Twoich białych dłoniach, wyciągnięte łagodnie w moją stronię – wtedy nie chcę go już.) Oddaję Ci wszystko. Staję przed Tobą naga. Przyjmij mnie taką, proszę. Bo Ciebie tylko chcę do słów, do miłości, do życia. Do świata, który stał się Tobą, Ty nim się stałaś i gdy tylko nie-świat przebija się tu w ciągu dnia, mam ochotę krzyczeć. Przyjmij mnie, proszę. Weź mnie z całym moim złem. (Jak żyłam bez Ciebie? Jak żyłam nie mając nic? A to wszystko teraz, co mogę zamknąć w ramionach – na jak długo? Na całe życie? Bez Ciebie nie ma go, nie ma, NIE MA. Nie chcę nic bez Ciebie.) Bez Ciebie odrzucam świat i wracam na polany. Wtulę się w szorstką sierść lisa, kruk przykryje mnie swoim miękkim skrzydłem. Przylecą motyle. Usiądą na mnie – niebieskie motyle – jeden obok drugiego, tak ciasno. I rozsypię się w drobny pył. Moja skóra pęknie jak porcelana. I rozsypię się jak mała, krucha lalka. Ulecę do nieba jako srebrny pył. Bez Ciebie. Dziś byłam gotowa rzucić się krzyżem przed ołtarz i błagać o wyrżnięcie ze mnie tej zarazy. Miotam się bardziej, niż kiedykolwiek, bo nagle dotarło do mnie, że to wszystko bez znaczenia – żadnego, kompletnie żadnego, zero, zero, nic. Już nie-powoli rozdrapuję sobie gardło (choć na razie chowam jeszcze pazury – jak długo, powiedz? Ile jeszcze?). Za chwilę popłynę z tym nurtem, chętnie i z uśmiechem na ustach. Teraz już chyba nic Go nie powstrzyma. Nic nie powstrzyma mnie. Padam na kolana i modlę się – proszę, byle nie bolało (innych nie mnie); Proszę, byle nie płakali. Jestem już tak bardzo zmęczona. Czas spać. Zamykam oczy i jest tylko Cisza. I gwiazdy, och – tak wiele gwiazd! Różowe plamy, fioletowe niebo i zieleń rozmyta w pomarańcz. To wszystko, gdy zamykam oczy. Nie otworzę ich już nigdy. Splątuję Czas i zawierzam się Księżycowi. Nie będę próbować ucieczek i myśli skąpanych w żółtym świetle. Zamykam się na wszystko. Moje oczy nie widzą. Moje uszy nie słyszą. Moje usta nie mówią. Staję się – ponownie – tą skorupą, z której kiedyś udało mi się wyswobodzić. Teraz wiem, że tylko tam jest bezpiecznie, ciepło, jak w domu. Będę drewnianą lalką, kukłą – a On będzie mną kierował. Tam gdzie dawno powinnam była się znaleźć. Odszukać ten mały cierń, który wciąż wbija się w moje Serce i wyrwać to razem z Nim. Cierń imieniem Nadzieja. Niech krew spływa po moich nadgarstkach. Wtedy będzie mogła naprawdę. Och, jednak to prawda! Biegniesz i szukasz, rozglądasz się wciąż za Czymś i marzysz, marzysz, marzysz. A na sam koniec to wszystko – to tylko marzenia; Obrazy w twojej głowie, które mają pomóc przetrwać dzień. {I dni lecą, jeden za drugim, pełne pięknych rzeczy, które mają zmienić wszystko, ale nie zmieniają nic.} Znów ta Naiwność – tak bardzo Jej nie lubię. Przez Nią wciąż wychodzę na głupca. Więc jest tak, jak było – pusto, cicho i boleśnie. Myślałam, że Coś będzie – nie ma nic. Jest jeszcze ta Nadzieja we mnie (niewielka wprawdzie, lecz wciąż), że może to nie Miejsce, może to Człowiek – może to Jego powinnam znaleźć? Naiwność, śmieszność, głupota. Pobędę tu jeszcze trochę, przez chwilę. Na więcej chyba nie starczy mi sił. Kiedy wychodziłam ze szpitala to był właśnie ten czas. Było szaro i wilgotno, i ciepło – była wiosna. Dlatego teraz (może) w moim sercu ta zadra; Bo myślę o białych kaftanach i zapachu rozgotowanego mięsa, ludziach o pustym spojrzeniu i pokracznych postaciach, które mówiły tylko o zawieszeniu (w sobie, siebie, Czasu) – które mówiły o Śmierci. Zbyt często ostatnio patrzyłam w Jego stronę i On to zauważył. Księżyc uśmiechnął się do mnie, ale nie wyciągnął srebrnych rąk jak kiedyś. Strącił parę skrzących się drobinek, a te zniknęły w kącikach moich oczu (jak niegdyś Kai otrzymał podobny prezent, uwierały tylko przez moment, a potem jakby były tam całe moje życie). Już nie jest jak dawniej. Bo teraz Jego magia jest moją magią. Idziemy razem ramię w ramię (i zatrzymać może nas tylko Dzień, na moment, na bardzo krótką chwilę). Ja i mój Księżyc.
Mam taki dziwny zwyczaj, że zawsze po świętach Bożego Narodzenia wpisuję w wyszukiwarkę Allegro frazę “(nietrafiony nieudany) prezent” i już po chwili przedzieram się przez listę niechcianych (teoretycznie) przedmiotów, które nie zostały najlepiej przyjęte przez osoby nimi obdarowane. To nierzadko najlepsza okazja w roku, by kupić coś za część nominalnej ceny i poczuć ten licytacyjny dreszczyk emocji. To jednak często również dobry moment na to, by pozbyć się czegoś, dlatego że kilka dni wcześniej znaleźliśmy pod choinką coś lepszego, nowszego niż produkt czy gadżet, którego używaliśmy do tej pory. Wtedy najczęściej decydujemy się na sprzedaż jego poprzednika, jeśli nie wśród znajomych, to właśnie na internetowej aukcji. Wystarczy opisać przedmiot, przemyśleć strategię sprzedaży i... zrobić dobre zdjęcia. Strona 3 z 3 Jeżeli sprzedawany przedmiot składa się z więcej niż jednego elementu, powinniśmy zrobić jedno, dwa zdjęcia, na których będzie widać wszystkie części zestawu. Pokazując sam przedmiot sprzedaży, wyważmy, co jest ważne i czym mogą być zainteresowani potencjalni nabywcy. Nie starajmy się na siłę pokazywać każdej powierzchni, boku, strony czy przycisku, ponieważ zainteresowani zazwyczaj dokładnie wiedzą, jak wyglądają te elementy. Warto jednak pamiętać, że zbyt mało ujęć najważniejszego składnika (w naszym przypadku smartfonu) może wzbudzić podejrzenia co do jego stanu i odstraszyć potencjalnych oferentów. To, co interesuje nabywcę używanego przedmiotu, to wiedza o tym, jak bardzo różni się on od nowego produktu, dlatego jeśli takowe różnice występują – pokażmy je, a unikniemy nieporozumień i zbędnych pytań. W tym celu warto więc zaopatrzyć się w choćby najprostszy makrokonwerter, ponieważ normalne w tym przypadku jest to, że używany telefon podczas eksploatacji może wypaść z rąk i ma prawo być porysowany. Ważne, aby nic nie ukrywać i pokazać na zdjęciach rzeczywistość. Szczegóły (obtłuczenia na ramce i wgniecenia wokół gniazda) zrobiłam konwerterem Olloclip Macro (powiększenie 14x i 21x). Tło to element z pozoru zbędny i na co dzień często pomijany, a w praktyce to właśnie on decyduje o tym, czy po sekundzie patrzenia na zdjęcie ocenimy je dobrze, czy źle. Niewłaściwy dobór tła jest jednym z najczęstszych błędów popełnianych przez osoby wystawiające produkty na aukcjach internetowych. Nieład odwraca uwagę od fotografowanego produktu, może więc warto zadbać o dalszy plan? Żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i ułatwić sobie od razu kontrolę nad światłem, najłatwiej będzie zaopatrzyć się (np. na Allegro) w tzw. namiot bezcieniowy, który zapewni jednolitą barwę tła i równomierne rozprowadzenie światła dostarczanego z zewnątrz. Jeśli jednak go nie mamy, wystarczą połączone bezbarwną taśmą klejącą kartki formatu A3/A4, które utworzą podłoże i tło dla naszego przedmiotu. Namiot ułatwi sprawę o tyle, że pomoże zniwelować nieładne cienie, z czym kartki mogą sobie nie poradzić. Kolejnym czynnikiem decydującym o jakości zdjęć, które zrobimy, jest światło, będące w fotografii tak naprawdę wszystkim. Niestety zarówno światło dzienne, jak i to pochodzące z domowych źródeł (lampy, reflektory), ma swoje wady, które znacznie utrudniają jego wykorzystanie w fotografii produktowej. Do naszych celów najlepsze będą dwie lampy świecące z obu stron przedmiotu identycznym światłem białym (temperatura barwowa 4000-5000K). Taka barwa światła jest o tyle ważna, że nie wpływa istotnie na kolor fotografowanego przedmiotu, zachowując jego rzeczywisty odcień. Użyłam tu lamp wbudowanych w namiot bezcieniowy, ale równie dobrze można zaopatrzyć się w dwie tanie lampki biurkowe i oświetlić nimi obie strony produktu. Taka konfiguracja po pierwsze zniweluje cienie, które powstałyby przy użyciu tylko jednego źródła światła, a po drugie pozwoli nadać powierzchniom przedmiotu miłą dla oka, plastyczną głębię. Jeśli lampki, którymi dysponujemy, świecą zbyt „żółto” lub „niebiesko”, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zaopatrzyć się w żarówki/świetlówki o barwie białej i montować je w lampach tylko na potrzeby sesji (w ten sposób zaoszczędzimy pieniądze i miejsce potrzebne na przechowywanie rzadko używanego sprzętu). Przy doborze źródeł światła obowiązuje zasada „im większe źródło, tym bardziej miękkie światło”, co oznacza, że na ogół warto wybrać lampy z większymi żarówkami, a nie małymi punktowymi żarnikami. Nie zawsze jednak miękkie światło jest pożądane, ponieważ jedną z jego właściwości jest ukrywanie faktury oświetlanego przedmiotu. Jeżeli naszym założeniem jest pokazanie właśnie tej cechy produktu, konieczne będzie zastosowanie oświetlenia twardego, pochodzącego z małego źródła. Warto także zadbać o wyeliminowanie światła pochodzącego z otoczenia – z tego względu nasze „studio” najlepiej rozstawić w ciemnym miejscu, bądź robić zdjęcia po zmroku. Statyw z uchwytem do smartfonu jest z jednej strony gwarantem ostrych zdjęć w niemal każdych warunkach oświetleniowych, a z drugiej, jeśli zajdzie potrzeba powtórzenia ujęcia, pozwala zrobić to błyskawicznie, bez ponownego „znajdowania” kąta i kadru. Użyłam tu wszechstronnego Manfrotto Pixi Evo, jednak równie dobrze sprawdzi się jakikolwiek statyw stołowy. Jeśli nim nie dysponujemy, wybierzmy miejsce i pozycję, w której na czas robienia zdjęcia będziemy mogli stabilnie położyć ręce. „Pstrykanie na czuja” z wyprostowanych i niepodpartych niczym rąk prawie zawsze zakończy się zdjęciem poruszonym, nieostrym lub nieoptymalnie wykadrowanym. Wykonane smartfonem zdjęcia przedmiotu możemy wykorzystać od razu, wystawiając przedmiot w aplikacji Allegro Sprzedaż (dla systemu iOS: dla systemu Android: lub po skopiowaniu ich na komputer w serwisie Allegro: Teraz pozostaje już tylko czekać na zakończenie licytacji i cieszyć się z udanej transakcji. Jak widzimy, żeby ładnie sfotografować przedmiot, który zamierzamy sprzedać na internetowej aukcji, nie trzeba ani drogiego sprzętu, ani w pełni wyposażonego studia. Tradycyjnie, jak w wielu innych przypadkach, wystarczy otwarta głowa i twórcze podejście do tematu. Pamiętajmy przy tym, że czas zainwestowany w zrobienie zdjęć z pewnością przełoży się na zainteresowanie ofertą i zwróci się w uzyskanej cenie sprzedaży, a dobre fotografie przedmiotu pozwolą skrócić do minimum opis oferty. Ładnie przedstawiony przedmiot powie o sobie więcej niż tysiąc słów. Artykuł powstał przy współpracy z serwisem Artykuł został pierwotnie opublikowany w MyApple Magazynie nr 2/2016 Magazyn MyApple w Issuu
Dwoje ludzi. Dziesięć lat. Jedna niezapomniana historia miłosna. Stephanie i Jamie są dla siebie stworzeni. Sęk w tym, że oboje już kogoś mają… Stephanie nie wierzy w przeznaczenie, prawdziwą miłość ani bajkowe zakończenia w stylu: "a później żyli długo i szczęśliwe". Wyszła za Matta. Później jednak poznaje Jamiego, który rozumie ją lepiej niż ktokolwiek inny. Jamie poślubił swoją miłość z czasów studenckich i tak naprawdę niewiele ma ze Stephanie wspólnego - świat widzą zupełnie inaczej. Ale w takim razie co go tak do niej ciągnie? Poznają się jesienią 2006 roku. Ich spotkanie zmienia wszystko. Dwoje ludzi. Dziesięć lat. Jedna niezapomniana historia miłosna. Roxie Cooper urodziła się i wychowała w północno-wschodniej Anglii. Zawsze miała nadzwyczajną wyobraźnię; w kawiarniach przysłuchiwała się rozmowom obcych ludzi i potem tworzyła wyimaginowane historie na ich temat. Studiując literaturę klasyczną, uznała, że potrzebuje przerwy od nauki łaciny, greki i innych poważnych przedmiotów, więc postanowiła zostać tancerką w nocnym klubie. Jednak po pewnym czasie zamieniła strój tancerki na adwokacką togę i przez kolejnych 7 lat zajmowała się prawem karnym. A potem postanowiła napisać powieść. Roxie ma prawdziwego bzika na punkcie Prince’a, lubi też oglądać stare musicale. Tytuł oryginalnyThe Day We Met AutorCooper Roxie Językpolski WydawnictwoPrószyński Media TłumaczenieWoźniak Grażyna ISBN9788382341041 Rok wydania2021 Wydanie1 Liczba stron432 OprawaMiękka Typ publikacjiKsiążka Ten produkt nie ma jeszcze opinii
merci więcej niż tysiąc słów