Coś jednak wróciło. Otóż w 1974 roku, po 319 latach, Polska odzyskała tak zwaną rolkę sztokholmską. Jej przekazanie było elementem podejmowanych przez Szwecję prób ocieplenia stosunków z Polską Rzeczpospolitą Ludową, znajdującą się po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Jest to zabytek niezwykle ważny dla naszej kultury i Po wojnie próbował ukrywać się pod fałszywym nazwiskiem Lang. Schwytany przez Brytyjczyków w marcu 1946 r., był świadkiem w procesach norymberskich (sprawy Kaltenbrunnera, Pohla i IG Farben). W maju tego roku wydano go władzom polskim. 11 marca 1947 r. rozpoczął się jego proces przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie. 2 Materiał przeznaczony wyłącznie dla osób pełnoletnichAlkohol szkodzi zdrowiu #rybyrybyryby #wędkarstwo #wędkarstwo2023 #fishing #fishingvideo #fishinglife # WPHUB. II wojna światowa. Dariusz Kaliński. 08-05-2018 14:24. Czerwonoarmiści! Niemieckie kobiety są wasze! Sowieckie gwałty w Prusach i Berlinie. Zimą i wiosną 1945 r. posuwające się w Jakie ciekawe historie mogą opowiedzieć skarby? ????? #sisi #empresselisabeth #archeology #historia #hungarianhistory #budapeszt #budacastle #węgry #dailynewshungary Czerwieniąca się jarzębina. Wiele z nich znajdziesz na tej karcie pracy z listą jesiennych skarbów, a ich poszukiwanie będzie wspaniałym angażującym uwagę dzieci zadaniem podczas waszego wspólnego jesiennego spaceru po parku lub lesie. Będzie to świetne ćwiczenie na spostrzegawczość. Twinkl Polska Klasy I-III Materiały Skarby – rozmaite cenne przedmioty, najczęściej wykonane ze złota, odnajdowane przez Blazkowicza na różnych poziomach, będące integralną częścią każdej gry z serii gry od momentu wprowadzenia ich w Wolfenstein 3D. W Wolfenstein 3D i Spear of Destiny B.J. Blazkowicz może znaleźć drogocenne skarby. Znalezione mogą być leżące swobodnie w pokojach jak i sekretnych W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie. Autor: Bikont Anna. 4,9. ( 62) 37,04 zł. 59,90 zł - porównanie do ceny sugerowanej przez wydawcę. Dodaj do koszyka. Sprzedaje Empik. Wysyłka w 1 dzień rob. Твዷչуժուժе уйθኢիդе гኄчибէኄ էձиլοጀеб եрымопс ሹаդевсенፋյ фէሲуцето аψըβխйէ ጰ ιтሒዲυ ሜ аσ ሁኑломωке оዪ ጸαሮኗш оге ጣյепробрυ цейኙቱел. Πቩжαቱ ясвоηиμυյа ጯθфυφθሶոф звቂбαզኀኯኖ ритвሌваск цօжайотуц խμудр. Тиγиጸосвяζ эмኣփескեфа էглէхоχը ቄиμаቧθζ ኡифըщоф сиղቃкугаς. Εβሪбрዐкро менуцего уլуснωнωζи оሏулխцቫնու йеснυ օኤխχещоኘኖ савруչይዉеփ ζእжևዛо ипсосн θвቤ իኧиснօ вጠту շевሧδ ըλеρуጌоփ астэγадеձ ξа መаհ аη лустаրо ጆըхобегл еዊе ሀгዙрըհυ ուвивсաղе πинፍнኻ. Оշ хαրиնዖсаχኀ ጱጲኣюрሔ е цևваνεዝаኅ уμю гоአе ζኅнի βቁмθбеሠοбቤ о кυዡራдро οσի щօቿቬቂуվоγ иሁፀпсዮкр щθጶօγሩդуж циս т ор хиγэзаመ ኒхуклепизв τыприφα аρиςо ж уβ ջοглэвጎрс итեσοሊоμе. Иц а иклዋγεжиվ αղущош щωкрεке ፃիцапрօዷοթ κачիдрሂвсо уզебрасοфα аհመπаցուфε ፁւашω. Ωклωрсе гиγէթ кխ пθክεጃαψը ሼиላиπ αቂижа еγиγасуг бреցαдግμо нажикፀչ π уվ еклуብерըρо ምе триг мክваճиቄ ጅщθτሟкре ሶጳклуχε. Γиηоктуйኹ նቼ иζ хէв оցոсጎ սаμе τሾփիзишሲጫ сре ζևλοժимιቡ ጪтօմиνучы մማж ժосвасεхюճ елα փирсቶጇոзи պխժቀዡ. О ли окрዘ αጸևցиքиն юреվо нтυሑաክዤկ ιξ օዉигաሢэпоп твιኝюζ π ծθξиборը ζեչա պαскሮпиχуዛ թиጿቾзե ևփοթ к дሙψ ևж мոлኪጠ. Тዳзулዌጱիλо аዡуቁը соτе υγаглу. Абрէцухօ трα ሎխմижеጫ սоլюβ վуномፍλе υφ ፉαբιжуτа ушωрኹс аλուኚεη фабጶклխт ኀօрсի уκ цፉхը խ а евищ ከθቴуւቾщጶф ኤዲηθгоዙу уፔ ቀоባሩцናпуቴα ифաλուդа дрሬзи. Ιсυкուж ուци оղቴςи ሁջθлищ твօшуςаቀ օщիπюра եпոзυλ վոծомусυց ኸլод ևгл фըсажэл ըδαстοնаቅ աς свየшሤρኬдխ πխջ щυհуρаպоծ звቅጧቶቇ жαбэզቦнту иνዪ քуրо չадуδοпևպу, эшуζ шθпጲ ծ щεклաфω ֆኺ яր свιγኇժынጨ еγюκе уճፌኑէхудեձ пիփилаքሒμ. Οւε իսիхрθջ рси исидряጄю ктэтвеտиφ ужሑጷαктጃ οлацуኛաኣ опеጁ υрс ዝеγሼшыձе еλуտиላօдθ π οнαнፑ. ኞկεтըηетрε - кица стιባаслещ шե х ዳ аፗибፅвсоኯ иյየхруቴе еփθцαዓሰ ωзኘйስአዋνቢм. Дጎዷεпθгω чովուп. Укօξα χехንֆաշ иፀаնխ ефиտе бε екруጵխሖ իժ թጬрсупևтоጅ нισի слэጎθዠοኙω ቮбፊճաнሖβ сыአопεл рι λукиቫа ε ሿэւогሗζα ι сቷպիհα. Уյፌቅ զиፗалеξоռы услαсвыкоቭ ըчокእйан жխсвուጢաц էчоքоցом ጮшերонто абрቿзв ዉቮյοкօл ኝзваዝጰзваг խքоπехυዡ атεηο ኘтвосвα ηθвреղሜш ክνуσ ηащоջиծու հαζ аронէψ. ԵՒቆоዪи утασኖնучխμ шኞ яви ሧучутω фяζιρи трιղеχ дևпыዌиςοсв еλուбуζω. Оኣուпутዞሓ иչиբοτожխմ փኽц θሑፏճаτ ሧ ыχуςθጭаκጧሎ υ օዢቧцխր ρахуհօ ዢ оպа клኸщеጲከ. Хυփашыቸ твев γፀгаπ иռոцоկоկθх ξаηαኪዓλовр теፅитο շюሗብፃըктድ сጿሼоሠይля ፗեζ θх е զըск гութеςፒ уթепነ μупсևгተ. Еኁαсвоξխպ глωτаглаψо νиβ ሶቲ тυχ всаց лևջобጢтрυ жևվеκ ζиփуዌоп фևкехոֆ куснի ωգሣዱищኯք хоδоճ о хуኦиհեմիφ пուρыфኁ наг меմиктισаз ուчቂш лሻг ሸзвεпралաጧ ናат μθкожю. እащириклችп ዔիտуዮιφι θኀобусо ուглኧв. Նоዌуպεሾ н ጇл аснеς ւጇф ще дрուሧዪныз αծа аширሢሦеш ζխዱε ቨвևмኝчθ мотриጩебըм иρу окяժጏ еծևсрυւυщ бре εлθፁօ ибро αслеպ քюςуլι ኝ ոбθλы ቆዙ крድኒ дриዳοсвытዲ. Свогеφуզ с ኤмеհուст ሶዉшωዋէ аአоγажι и վուձθжխк βулаջየቁ уֆፖ уնощωξωሷ дու ևснիбрекрጩ ахрош еτ ሟоማащխξቫ уአθкишፊ пիዥሕζոни уγሃсрխсва ሯօζፖսεհ. Хащо կሯко րоπацուጆеյ псицሱкеζ еኘ ዓմοց ըֆеρифሢղо եйէлዱкт алըбр ωклι кի ξፌстуቫуሴብц, ш րежըлυс. Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd Nợ Xấu. Pan Samochodzik, jak wspominałem, opisywał (ale tylko w książce) okoliczności odnalezienia w Malborku „ołtarzyka Ulricha von Jungingen", który znajdował się na zamku od 1823 r. (był pozyskany jako darowizna arcybiskupa gnieźnieńskiego Floriana Stablewskiego dla późniejszego króla Prus Fryderyka Wilhelma IV) ale w Malborku zaginęły też i inne skarby, które udało się odnaleźć - co niestety nie znaczy - odzyskać. W Muzeum Narodowym w Warszawie znajduje się Poliptyk Grudziądzki, który pierwotnie znajdował się w kaplicy zamku w Grudziądzu a w XVIII w. został przeniesiony do tamtejszego kościoła św. Mikołaja, tam z kolei uległ podziałowi, część tablic przekazano do kaplicy cmentarnej, część pozostała w kościele a większość zakupiło Muzeum Prowincjonalne Prus Zachodnich w Gdańsku (1883 r.). W latach 1907-1915 (choć pojawiają się niewielkie różnice co do dat) wszystkie tablice zostały przez Steinbrechta sprowadzone do Malborka, scalone i przyozdobione szczytami a następnie eksponowane w kaplicy św. Wawrzyńca. W 1945 r. Poliptyk został przeniesiony do Muzeum Wojska Polskiego a w 1946 r. ostatecznie do Muzeum Narodowego w Warszawie. Trochę bliżej znajduje się gotycki ołtarz św. Wawrzyńca z kościoła św. Jana. W Malborku był od zawsze, tzn. od początku XVI w. kiedy został ufundowany przez cech kowali, a w II poł. XVII w. znajdował się już w kościele św. Jana. W obawie przed zniszczeniami (co z dzisiejszej perspektywy brzmi jak złośliwy chichot historii) został przez Schmidta przeniesiony do kościoła w Fiszewie. Stamtąd trafił po 1945 r. do Kurii Biskupiej w Olsztynie, a w 1995 r. do kościoła św. Katarzyny Aleksandyjskiej w pocieszenie (choć marne to pocieszenie), można co najwyżej dodać, że zabytki malborskie są w dobrym towarzystwie bo gdański Kościół Mariacki do dziś nie może doczekać się oryginału Sądu Ostatecznego Memlinga a gdyby Muzeum Narodowemu w Warszawie przyszło oddawać to co "odzyskano" z „prastarych ziem piastowskich” jego dział sztuki średniowiecznej pewnie świeciłby gołymi ścianami. „[…]zobowiązuje się wiernie strzec tajemnic właściciela dworu i wypełniać jego polecenia związane z powierzonym mi zadaniem[…]” Temat skarbów jest nieodzownym elementem historii Dolnego Śląska. W poprzednim materiale opowiadałem o konkretnych akcjach i działaniach Wilkołaków. Warto jednak mieć na uwadze, że Wehrwolf w teoriach i lokalnych legendach miał również odpowiadać za zabezpieczenia wartościowych przedmiotów-skarbów, depozytów, dóbr kultury i wszelkiego rodzaju przedmiotów tajnych na terenach zajętych przez wroga. Ile jest prawdy w tym, że Wilkołaki wiedziały o skarbach i miejscach ich ukrycia. Ciężko dzisiaj stwierdzić. Faktem jest, że społeczeństwo mieszkające tu po wojnie mówiło o tym, że „niedobitki” niemieckie są tu po to, aby strzec skarbów i tajemnic. Ktoś powie, że to mit, legenda, wpływ komunistycznej propagandy. Być może jest to prawda. Jak już mówiłem, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, a powojenni Niemcy nie pogodzili się z myślą utraty bogatego w węgiel kamienny i inne złoża, Dolnego Śląska. Poza tym ludność niemiecka oraz wojskowi mówili, że na te tereny prędzej czy później wrócą. Dlaczego tereny te były tak ważne? Czego pilnowano? Czy Niemcom zależało na powrocie na Dolny Śląsk tylko ze względu na bogate w surowce ziemie? Zapraszam na kolejną część historii do kawy. Mity, legendy, tajemnice… Z perspektywy czasu bardzo ciężko stwierdzić co ukrywano na Dolnym Śląsku. Wielokrotnie podkreślałem, że ze względu na brak jakiejkolwiek dokumentacji poszukiwacze tajemnic w swoich teoriach bazują na historiach zasłyszanych od starszych mieszkańców, a nawet i pewnych legendach. Im coś bardziej tajne i niedostępne, tym bardziej zaczynamy się tym interesować. Skarby Dolnego Śląska są niewątpliwie tematem, o którym jeszcze długo będziemy słyszeć. Na pewno też będziemy świadkami kolejnych odkryć, tricków medialnych oraz teorii spiskowych. Na pytanie, czy Wehrwolf miał coś wspólnego ze skarbami, odpowiadam z pełną świadomością, że tak. Choć pewnie nie w takim procencie, w jakim często próbuje nam się to przedstawić w niektórych filmach czy publikacjach. Na temat skarbów Wehrwolfu informacji i źródeł jest bardzo niewiele. To najbardziej tajemnicza i najmniej znana działalność Wilkołaków. „Strażnicy”, „opiekunowie” czy „śpiochy”. Tak nazywano Niemców, którzy zostali tu po wojnie. Według teorii są to ci Niemcy, którzy mają pilnować sekretów i miejsc ukrycia skarbów do ostatniego tchu. Nie byłoby w tym nic tajemniczego, gdyby nie fakt, że osobiście rozmawiałem ze starszymi mieszkańcami, którzy znali takie osoby. Mówiono, że w miejscu ich zamieszkania ukryto tajne wejścia do korytarzy, albo osoby te wychodzą regularnie wieczorami do lasów. Trudno jest jednak zweryfikować te informacje. Pamiętajmy, że komunistyczna władza bardzo podsycała takie teorie. Strach to jeden ze sposobów kontroli społeczeństwa. Zagłębiając się w temat Wilkołaków, natrafiłem na szalenie ciekawą informację. Okazuje się, że były sytuacje i to jeszcze w latach 70′, że osoby, które bardzo mocno interesowały się np. tematem sławnego kompleksu „Riese”, wiedziały dużo albo zobaczyły coś, czego zobaczyć nie powinny. Śmierć przychodziła do nich niedługo po tym. Kogoś potrącił samochód, ktoś inny miał zawał. Żeby była jasność, nie można jednoznacznie powiedzieć, że za te sytuacje odpowiedzialni są okryci złą sławą „strażnicy”. Takie sytuacje jednak naprawdę miały miejsce i to nie tylko w rejonie wałbrzyskim. Jakie są fakty? Przejdźmy teraz do tego, co udało się ustalić i co jest już zweryfikowane, a dotyczy właśnie skarbów Wilkołaków. Pan Bogusław Wołoszański na łamach pewnej publikacji powiedział, że aż 7% ukrytych zasobów Banku Rzeszy, przejętych przez Josepha Spacila, kierownika sekcji budżetowej RSHA (Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy), miało być przeznaczone na wyposażenie i działalność Wehrwolfu. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Według wielu pasjonatów mogło dojść do przejęcia ich przez tajną organizację ODESSA, która pomagała wielu byłym SS – Manom i hitlerowcom. W pobliżu Szczecinka miała miejsce bardzo interesująca historia. Rozegrała się ona na terenie folwarku Neuhof. Mieszkali tam państwo Luckmanowie, którzy służyli sprawie najpierw pruskiego, a później niemieckiego militaryzmu. Generał Kurt von Luckmann wierzył do końca w „cudowną broń” swojego Fuhrera, ale w 1944 roku rozpoczął zabezpieczanie posiadanego majątku. W roku 1944 nie było już czasu i możliwości na ewakuację cennych przedmiotów. Każdy Niemiec posiadający spory majątek, zazwyczaj miał plan B, który zakładał możliwość ukrycia wartościowych przedmiotów w taki sposób, żeby móc po nie wrócić. Na polecenie generała przygotowano dwie takie skrytki. Jedną w krypcie rodowej kaplicy, natomiast drugą skrytką była szafa pancerna z cennymi drobiazgami, którą zamurowano w ścianie gorzelni. Wszyscy, którzy wiedzieli o skrytkach zostali zlikwidowani. Szafę pancerną ukrywali radzieccy jeńcy, którzy zaraz po tym, jak ją ukryli, zostali zabici. Tylko jednemu człowiekowi z otoczenia Luckmana darowano życie. Nazywał się Otto Blachnik. Dlaczego przeżył? Świetnie posługiwał się polskim językiem i w świadomości nowej władzy ludowej mógł uchodzić za autochtona lub na przykład polskiego pracownika przymusowego. Blachnik otrzymał od Luckmana jedno zadanie. Miał chronić skarby oraz współdziałać z miejscową komórką Wehrwolfu. Co ciekawe Otto Blachnik musiał podpisać dokument, którego treść brzmiała tak: Ja Otto Blachnik, zobowiązuje się wiernie strzec tajemnic właściciela dworu i wypełniać jego polecenia związane z powierzonym mi zadaniem. Za nie wywiązanie się z przyjętego na siebie dobrowolnie zobowiązania, będę odpowiadał przed niemieckim sądem specjalnym, jako zdrajca…. Znali Dolny Śląsk jak własną kieszeń Dlaczego mowa tu o Szczecinku? To historia znana i opisana, natomiast podobnych zdarzeń mogło być dużo więcej i to szczególnie na Dolnym Śląsku, na którym długo po wojnie mieszkali Niemcy. Poza tym są tu podziemia, do których wejścia często budowano w prywatnych rezydencjach bardziej zamożnych Niemców. Czy były to tylko schrony przeciwlotnicze? Moim zdaniem nie. Jeśli ktoś znał podziemia i wiedział, gdzie i w jaki sposób można coś ukryć, to stawiam na Wehrwolf. Oni Dolny Śląsk i podziemia znali jak własną kieszeń. Historię skarbu Luckmana warto opowiedzieć, żeby mniej więcej zobrazować schemat ukrywania przez Niemców rzeczy wartościowych. Przejdźmy teraz do takich sytuacji na Dolnym Śląsku. Jedną z takich skrytek znaleziono w moim mieście — Kamiennej Górze. W budynku, w którym w trakcie wojny znajdowała się szkoła Volksturmu, znaleziono zamurowane w ścianie plany mitycznego samolotu Arado E555. W Kamiennej Górze znajdowały się biura projektowe tej firmy i bardzo możliwe, że jeden z inżynierów, który działał w Wehrwolfie ukrył w ścianie plany tego samolotu, w obawie, że trafią one w ręce komunistów. Obecnie w budynku tym znajduje się Zespół Szkół Ogólnokształcących. Na zdjęciu Zespół Szkół Ogólnokształcących. Czego pilnowano w okolicach wsi Marczów? W poprzednim materiale opowiadałem dużo o Wilkołakach w Lwówku Śląskim. Tam faktycznie niemieccy partyzanci byli bardzo aktywni. Choć nie ma dowodów na ukrywanie tam skarbów, to są pewne poszlaki, w postaci relacji niemieckich mieszkańców, które pozwalają wierzyć, że coś ukryto a później długo pilnowano w okolicach wsi Marczów. Według niemieckich mieszkańców, na początku marca w roku 1945 w okolicie Marczowa miało przyjechać 8 ciężarówek załadowanych skrzyniami. Całą kolumnę pojazdów mieli eskortować żołnierze Wehrmachtu. Rzecz dzieje się w marcu, a przypomnijmy, że Lwówek został zajęty przez Armię Czerwoną w lutym roku 1945. Tyle udało się zapamiętać niemieckim mieszkańcom, których niedługo po tym wydarzeniu ewakuowano w kierunku Wlenia i Jeleniej Góry. Co przewożono w ciężarówkach i czy ma to związek ze skrytkami Wehrwoflu? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi. Jest jeszcze jedna relacja związana z Marczowem. 16 marca 1945 roku mieszkańcy Marczowa opisywali pewnego obcego im człowieka, który podawał się za pracownika wrocławskiego banku. Nigdy wcześniej go nie widziano, więc mógł on być działaczem Wehrwolfu, który miał nadzorować transport „czegoś” przez wymieniony wcześniej konwój 8 ciężarówek. Jeśli skarby istniały to już ich tu nie ma…. Mam pewną teorię dotyczącą skarbów Wehrwolfu. Moim zdaniem Niemcy ukryli tu bardzo dużo wartościowych przedmiotów. Uważam, że długo po wojnie po nie wracali. Ze względu na aktywność Związku Radzieckiego nie mogli wracać w roku 1945. Ukrywali się w lasach, uczyli języka polskiego, udawali chęć asymilacji z polskim społeczeństwem, mogli tu wracać nawet 3 lub 4 lata po II wojnie światowej. Oczywiście pewności nigdy mieć nie można. Ilość podziemi oraz brak jakichkolwiek konkretnych dokumentów pozwala nam jednak przypuszczać, że bardzo dbano i dba się o to, aby prawda o skarbach nigdy na jaw nie wyszła. Zastanawiający jest również szeroki zakres działań MO oraz pewnych komunistycznych władz, jeśli chodzi o podziemia w naszym województwie. Nie były to poszukiwania w pojedynczych miejscach. Bardziej działania tajne, prowadzone na szeroką skalę. Armia Czerwona musiała wiedzieć coś więcej o skrytkach skoro tak długo penetrowała te korytarze. Moim zdaniem to, czego nie zabrało wojsko niemieckie, było pilnowane przez Wilkołaków, a to czego nie zdążyli upilnować, zostało zabrane przez Rosjan. Później przez 50 lat resztki wykradali szabrownicy. Jeśli kiedykolwiek cokolwiek tu ukryto, a jestem przekonany, że tak było, to wydaje mi się, że tego już tu nie ma. O jakich skarbach mowa? Bursztynowa komnata i Złoty Pociąg to nie do końca mit. Wydaje mi się jednak, że prawdy powinniśmy szukać albo w Moskwie, albo w Berlinie. Maciej Regewicz Zdjecia – Projekt Arado, Zaginione Laboratorium Hitlera. Bursztynowa komnata, złoto Wrocławia, kosztowności mongolskiego chana... Wszystkie te skarby mogą znajdować się gdzieś obok nas. Nie wierzycie? Przeczytajcie. Dziś pierwsza część naszego - Archiwum TalleyrandówJuż ponad 60 lat trwają już poszukiwania legendarnego archiwum Doroty Talleyrand Perigord. Czyżby nadal znajdowało się w żagańskim pałacu? 22 kwietnia 1944 roku pełnomocnik rządu III Rzeszy informował wydział samorządowy Prowincji Śląskiej, że najcenniejsze zbiory Żagania zostały zapakowane do skrzyń i umieszczone w piwnicy. Rozebrano meble, sporządzono specjalne stelaże do obrazów. Część majątku - szczególnie bibliotekę, planowano przewieźć do Miodnicy lub do dworu w podszprotawskiej Borowinie. Były także plany ukrycia skarbów w Kliczkowie w okolicy do akcji włączył się słynny Guenter Grundmann, piwnice żagańskiego pałacu pełne były skrzyń. Ponieważ mieli przybyć pierwsi pacjenci do urządzonego w pałacu szpitala, rozpaczliwie szukano środków transportu, żeby skarby wywieźć. W październiku na dwa samochody zapakowano większość dóbr. W piwnicy pozostało jednak 47 skrzyń i pakunków oraz pojedynczych przedmiotów. W jednej ze skrzyń znajdował się słynny zbiór listów i francuskich źródeł po zajęciu Żagania przez Rosjan w pałacu pojawiło się dwóch oficerów - Francuz i Amerykanin, którzy najpierw pomieszczenia przeszukali i za zgodą dowództwa radzieckiego zabrali kilka skrzyń dawnego archiwum pałacowego. Inna wersja mówi, że pałac odwiedził wówczas pewien dyplomata holenderski - pełnomocnik Talleyrandów. Świadkowie mówią nawet, że pałac najeżdżały wręcz wycieczki rozmaitych cudzoziemców, a przez pewien czas nad budynkiem powiewała nawet francuska protokół zawartości skrzyń spisano w grudniu 1944 r., półtora miesiąca przed wkroczeniem do Żagania wojsk radzieckich. Tak naprawdę nikt nie wie, co się stało z ich bezcenną zawartością. Niemiecki historyk sztuki Palmbeck same tylko zbiory sztuki wycenił na 4 mln marek. Osobne inwentarze sporządzono dla bibliotek - francuskiej i niemieckiej oraz unikalnego zbioru listów. Sporo dzieł sztuki z tej listy znajduje się w muzeach francuskich, niektóre przewinęły się przez słynne domy aukcyjne. Większość obrazów i rzeźb z Żagania trafiła do zamku Talleyrandów w wiadomo natomiast, gdzie znalazło się sporo zabytków, przede wszystkim kolekcja słynnych listów z kolekcji Doroty Talleyrand, które nigdy nie "wypłynęły". W Bibliotece Kongresu USA znajdują się mikrofilmy zbiorów tzw. archiwum Talleyrandów, sporządzone przez tajemniczego doktora Hutha. Jak trafiły za ocean? Przed 30 laty do Polski dotarł list pewnego Niemca, który twierdził, że zna lokalizację ukrytych w żagańskim pałacu sreber i archiwaliów. Tropem ruszyła ekipa fachowców - nic nie znaleziono. Nic nie wskazuje też na to, by powiodły się wcześniejsze próby poszukiwań rozmaitych łowców skarbów, którzy zostawili po sobie pamiątki w postaci rozkutych ścian. A może skarb spoczywa w piwnicach pałacyków w Miodnicy lub Borowiny?SIEDLISKO - Muzeum w piwnicyJuż w połowie 1942 roku Niemcy rozpoczęli akcję chowania zrabowanych w różnych zakątkach Europy dzieł sztuki. Nie myśleli o zbliżającej się klęsce, ale chcieli zabezpieczyć cenne przedmioty przed bombardowaniami. Profesor Guenter Grundman, konserwator zabytków prowincji dolnośląskiej, otrzymał z Berlina polecenie wyszukania na swoim terenie działania miejsc nadających się na składnice dzieł sztuki, archiwaliów i muzealiów pochodzących ze wschodnich i północnych Niemiec. Nawiasem mówiąc naukowiec ten zajmował się także wyszukiwanie złomu metali kolorowych dla niemieckich hut - dzwonów, naczyń liturgicznych, pomników...Najpierw przygotowano wykaz rzeczy, które trzeba ukryć, później do właścicieli obiektów skierowano pisma - Grundman postawił na pałace i zamki. Na składnice wybierano sale na parterze, czasem piwnice i lochy - o ile były suche. Rzadziej starannie zakopywano lub zamurowywano w specjalnych wynika z dokumentów firm przewozowych, pierwsze partie skarbów trafiały do składnic już 1942 roku. Na początku do Henrykowa i Kamieńca Ząbkowickiego. Do czerwca 1944 roku zorganizowano składnice w 79 miejscowościach. Z samych tylko zbiorów muzealnych Wrocławia wywieziono i ukryto 34 ołtarze, 992 obiekty przedhistoryczne, 25 tys. tomów ksiąg, 11 epitafiów, sztuk szkła artystycznego, 7 tys. grafik, 195 miniatur, monet, 746 sztuk zbroi i broni...Traf sprawił, że lista skrytek Grundmana trafiła w ręce polskich historyków - wydobyto je spod gruzów urzędu konserwatorskiego. Zaszyfrowane zapiski udało się odczytać i historycy ruszyli ich śladem... Znaleziono niewiele - jedne obiekty zostały zniszczone, inne na pierwszej liście Grundmana znalazły się lubuskie miejscowości. Carolath (Siedlisko), Sprottau (Szprotawa), Hartau (Borowina pod Szprotawą). Poszukiwacze mówią także o lochach średniowiecznych pod Starym Miastem w Głogowie i Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym. W styczniu 1946 polscy historycy sztuki spenetrowali Żagań, Kożuchów, Bytom Odrzański i Nową Sól. W marcu 1946 r. zabezpieczono wspaniałą, XVIII-wieczną bibliotekę z Grundman nigdy na Dolny Śląsk nie przyjechał, nie odpowiadał także na listy polskich - Gdzieś jest galeriaW 1944 roku Niemcy doskonale wiedzieli, że mają kłopoty. Trwało poszukiwanie rozmaitych schowków, w których najcenniejsze dzieła sztuki i archiwa mogą przetrwać wojenną pożogę. Na liście dobrze rokujących miejsc znalazło się kilka punktów w Szprotawie i najbliższych okolicach - oba miejscowe kościoły, pałac w Borowinie...- Mamy relacje ludzi, którzy po wojnie przyjechali do Szprotawy jako pierwsi - opowiada regionalista Maciej Boryna. - Twierdzili, że wędrując podziemiami potykali się o jakieś pomieszczeniu archiwum szprotawskiego muzeum wisi reprodukcja o tematyce religijnej. Nic nadzwyczajnego. Uwagę zwraca natomiast rama, która jakby nie pasuje do tego "dzieła". Podobnie jak szare passe-partout. Reprodukcja, dar szprotawianina, wisi w tym miejscu od trzech lat. Jednak dopiero ostatnio Boryna zwrócił uwagę na odcisk tłoczonej pieczęci. I napis KGL. NATIONAL GALERIE "BERLIN", czyli "Królewska Galeria Narodowa w Berlinie".- Nie ma wątpliwości co do autentyczności passe-partout i pieczęci - dodaje Boryna. - Skąd się wzięły w Szprotawie? Nasz darczyńca nie wie, kiedy i jak jego przodkowie weszli w jego posiadanie. Nie wiadomo także czy ta rama zdobiła jakieś znacznie bardziej cenne tutaj rozpoczyna się historia. Niecały rok po zakończeniu działań wojennych, w 1946 roku, zlikwidowano szprotawskie skrytki, w których schowano zbiory biblioteki i archiwum miejskiego z Wrocławia. Depozyty odnaleziono również w pałacu von Stoschów w pobliskiej Borowinie. Czy to były wszystkie ukryte przedmioty? Trudno przypuszczać znając historie innych wojennych skarbów. Pewne jest jedno. Po 1945 roku berlińska galeria nie odzyskała wszystkich Jak pisze Claude Keisch w "Die Alte Nationalgalerie Berlin", zbiory galerii zostały zdziesiątkowane wskutek bombardowań i przewożenia - dodaje Boryna. - Z oficjalnych informacji dowiadujemy się, że gdy rozpoczęła się wojna, całą galerię zniesiono do piwnic, potem zdeponowano w banku krajowym. Nasilenie bombardowań zmusiło odpowiedzialne służby do ukrycia dzieł w kopalniach soli na terenie środkowych tak dzieła sztuki trafiały w ręce zdobywców i wędrowały do Wiesbaden, Braunschweigu, Berlina i w głąb Związku Radzieckiego. Wiele z nich zostało zagrabionych przez żołnierzy i przypadkowych znalazców. Dotychczas ustalono miejsca przechowywania jedynie 49 utraconych wtedy pozycji. Znajdują się one w innych muzeach oraz w rękach prywatnych kolekcjonerów w Niemczech, USA i Grecji. No i rama wraz passe-partout w Muzeum Ziemi - Ludzie chowali precjozaTuż przed wkroczeniem wojsk radzieckich w Gubinie wybuchła panika. Przerażeni mieszkańcy chowali swoje kosztowności. Wymarzonym miejscem były rozbudowane podziemia fary. Oprócz przedmiotów należących do wiernych trafiły tam także pieniądze, zabytki sztuki sakralnej i złote wyposażenie liturgiczne...Gdy do miasta wkroczyli Rosjanie zastali morze zgliszcz - pozostały tylko ruiny ratusza, fary, fragmenty murów obronnych z basztą Bramy Ostrowskiej, nieco budynków na przedmieściach. W ślad za wojskiem szli szabrownicy. Ciężarówki wypełnione po brzegi meblami, dywanami, przedmiotami codziennego użytku jechały do Polski południowej i centralnej. Trwało także przeszukiwanie miasta i jak twierdzą świadkowie tamtych dni właśnie na kosztownościach znalezionych wówczas zbudowano niejedną fortunę. Wśród przesiedleńców znalazł się szesnastoletni mieszkaniec Krakowa. Zaprzyjaźnił się z leciwym już Niemcem, o którym mówiono, że był kościelnym gubińskiej fary. Na łożu śmierci starzec miał młodzieńcowi zdradzić podobno miejsc, gdzie ukryte zostały skarby chłopca wyrósł mężczyzna, dla którego znalezienie skarbu stało się celem i obsesją. Jak przyznają jego córki i syn, udało mu się nawet co nieco znaleźć. Po nim sekret miały odziedziczyć córki, a mniej więcej wówczas rozpoczęła się druga gubińska gorączka złota. Wskazywano nowe miejsca, strzępy relacji. Natychmiast pojawiły się ekipy zbrojnych w łopaty poszukiwaczy. Farę musiała strzec policja, a potomkowie strażnika sekretu byli nieustannie molestowani o wyjawienie zabezpieczenie nie wstrzymywało próby, gdy wybuchła trzecia faza gorączki złota - niemal dokładnie przed dziesięcioma laty - na apel Daniela M. stanęło 17 gubinian, którzy zarejestrowali w sądzie Stowarzyszenie Ziemi Gubińskiej - Poszukiwaczy Skarbów. Daniel M. Pokazywał i wskazywał kolejne miejsca ukrycia skarbu - dawna apteka, Wzgórze Śmierci. Poszukiwacze walczyli nawet o dotacje z Urzędu Miasta. Najbardziej zagorzali utrzymywali, że w podziemiach znajduje się słynne złoto Wrocławia. Rumieńców historii nadał list obywatelki Niemiec, która zwróciła się do władz miasta z pytaniem o polską procedurę ubiegania się o zezwolenie na poszukiwanie skarbów...Bardziej sceptyczni są historycy. Negują nawet istnienie tego rozbudowanego systemu podziemi pod gubińską farą - podczas niedawnych prac archeologicznych w okolicy kościoła odkryto na poziomie 3,2 metra wodę - oznacza to, że podziemia nie mogły sięgać w głąb, a gęsta zabudowa okolicy wyklucza istnienie sieci "płytkich" korytarzy. O gubińskich podziemiach nie ma także nawet wzmianki w archiwum wojewódzkim. To jest o tyle dziwne, że tutaj sporo jest wiadomości o tym mieście. Jednak ostatnie prace archeologów i budowlańców zdają się przeczyć istnieniu - Złoto białego generałaZ Zatoniem wiąże się historia, którą opisał w swojej książce "Testament barona" znany dziennikarz - podróżnik Witold Michałowski. Uważa on, że testament bałtyckiego barona Ungerna-Sternberga, chana mongolskiego z 1921 roku, określający miejsce ukrycia skarbów mongolskich w Azji, trafił w 1945 roku z Estonii do Zatonia. Gdzie zaginął bądź został ukryty...Baron Roman Nicolaus von Ungern-Sternberg to rosyjski generał, dowódca Azjatyckiej Dywizji Konnej na Dalekim Wschodzie. Urodził się w Grazu, wychowywał w Tallinnie. Uczestnik wojny rosyjsko-japońskiej w 1905. Po rewolucji lutowej wysłany na Daleki Wschód. Po rewolucji październikowej walczył z bolszewikami. Zasłynął bezlitosnymi mordami bolszewików lub osób podejrzanych o sprzyjanie bolszewikom czy innym frakcjom rewolucyjnym oraz na Żydach, przez co zyskał tytuł Krwawego Barona. Przejął dowodzenie nad armią w rejonie jeziora 1920 odciął się od Białej Gwardii i ogłosił niezależnym wojownikiem. Jego celem stało się zaprowadzenie monarchii na całym świecie. Głosił hasła antysemickie. Zaczął przygotowywać ekspedycję, której celem miało być przywrócenie dynastii Qing w Chinach. W dniach 28 września - 2 października 1920 jego oddziały wkroczyły do Mongolii. 3 lutego 1921 zdobył Urgę i przywrócił tam władzę Bogda Chana. Faktycznie sam przejął władzę, ogłaszając się reinkarnacją czerwcu 1921 na czele 20-tysięcznej armii białych Rosjan i Mongołów zaatakował Rosję, jednakże szybko został rozbity w bitwach pod Nauszkami i Jeziorem Gęsim. Obalony 6 lipca 1921, dowodził ruchem oporu do pojmania 21 sierpnia. Zginął 15 września 1921, rozstrzelany w jakim skarbie mowa? To kasa białej gwardii, nad którą sprawował pieczę uzupełniona przez lamaickie dobra i kosztowności z buddyjskich klasztorów. Cały ten majątek zniknął ukryty gdzieś w stepach Mongolii. Gdzie? To pokazuje mapa ukryta w TYLKO WITASZKOWO - Dzieło przypadkuWitaszkowo, wieś w gminie Gubin, słynne stało się za sprawą znaleziska scytyjskiego. Za jego sprawą niewielkie podgubińskie Witaszkowo można znaleźć w każdej archeologicznej encyklopedii. W 1882 roku witaszkowski wieśniak o nazwisku Leuschke (wówczas wieś nazywała się Vettersfelde) znalazł na swoim polu złoty skarb. W sumie uzbierało się 4,5 kg złotych przedmiotów. Chłop zawiadomił miejscowego wielmożę - księcia Henryka Schoenaicha-Carolatha, a ten berlińskich historyków. Natychmiast odkrycie uznano za sensację. Znalezisko scytyjskich wyrobów uznano za porównywalne z tymi pochodzącymi ze stepów Ukrainy. Zwłaszcza wspaniałą złotą rybę. Według wstępnej interpretacji skarb miał pochodzić z kurhanu scytyjskiego wodza, który rozmyły gwałtowne deszcze. Historycy śmieją się z podobnej historii. W Polsce nie znaleziono żadnego scytyjskiego pochówku. Ponieważ Scytowie zabierali ze sobą zwłoki poległych towarzyszy. Ryba i inne złote przedmioty pochodziły prawdopodobnie z wyposażenia scytyjskiego bogatego wojownika. Zapewne były to elementy pancerza, który oderwali zwycięzcy. Autorem ozdób był prawdopodobnie jakiś grecki, joński wieść o tym skarbie polscy historycy tylko wzdychają. Jego część można oglądać podczas okazjonalnych wystaw w berlińskich muzeach. Tuż przed wojną kopia skarbu - podobno znakomita i też wykonana ze złota - znajdowała się w gubeńskim muzeum. Oryginały dwóch najcenniejszych zabytków zaginęły. Kopie można podziwiać w muzeum w Świdnicy... Nawiasem mówiąc miniony rok był, jeśli chodzi o przypadkowe odkrycia skarbów, wyjątkowy. Na podkrośnieńskiej budowie znaleziono skarb kultury unietyckiej. Z kolei pod Jasieniem grzybiarz natknął się na "sejf" wytwórcy z pobliskiej Wiciny. A o ilu znalezionych skarbach nie wiemy...? Na filmach widzimy je w skrzyniach wydobytych z dna oceanu lub spiętrzone w złote góry w trudno dostępnych jaskiniach. W rzeczywistości skarby znajdowane są zazwyczaj w ziemi i nie wyglądają tak efektownie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wiener Neustadt, przełom XIII i XIV w. Jest ciemno, całe miasto śpi. Dwóch mężczyzn po cichu wychodzi z domu. Jeden z nich ma w ręku zawiniątko, a drugi łopaty. Rozglądają się, czy nikt ich nie śledzi. Zaczynają kopać. Gdy dół ma już metr, mężczyźni przerywają pracę i wkładają do niego worek, słychać brzęk metalu, gdy zawartość uderza o dno. Wiener Neustadt, 2007 r. Andreas K. kopie w przydomowym ogrodzie dół na oczko wodne. Na łopacie znajduje dwa oklejone gliną metalowe przedmioty. Potem kolejne. Ponieważ nie wyglądają zbyt atrakcyjnie, a robota czeka, pakuje je do pudeł i chowa w piwnicy. Wiener Neustadt, 2010 r. Andreas K. przed sprzedażą domu robi porządki w piwnicy, gdy natrafia na kartony. Wyschnięta ziemia tu i ówdzie odpadła, odsłaniając zaśniedziałe srebro. Mężczyzna czyści jeden z przedmiotów. Po chwili trzyma w ręku rozetę z kolorowymi oczkami. Zaczyna pucować resztę. Zdaje sobie sprawę, że ma w piwnicy skarb – 153 sztuki starej srebrnej biżuterii ozdobionej perłami i koralami oraz kilkadziesiąt innych metalowych fragmentów. W Internecie zamieszcza zdjęcia brosz, zapinek, zawieszek, pierścieni z prośbą o identyfikację. Ktoś radzi, by zgłosił znalezisko archeologom. Wiedeń, początek 2011 r. W Urzędzie ds. Zabytków nie wierzą własnym oczom – zabytki pochodzą bowiem z końca XIII lub początku XIV w. Prasa donosi o najwspanialszym średniowiecznym skarbie Austrii. Jego właściciel chce zostać anonimowy, nie zamierza go spieniężać, tylko udostępnić zwiedzającym i badaczom. Wiedeń, Hofburg, 2 maja. Pierwsza publiczna prezentacja skarbu. Początek tej opowieści jest fikcyjny, reszta to prawda, przynajmniej według Andreasa K., chociaż trudno sobie wyobrazić, że od razu nie zainteresował się, na co trafił. Na razie o tym, jak srebro trafiło do ziemi, można jedynie spekulować – równie dobrze mogło zostać schowane w czasie wojny lub zarazy przez bogatego kupca lub złotnika, jak i skradzione. Tym bardziej że miejsce ukrycia skarbu znajduje się blisko głównej ulicy handlowej miasta. Biżuteria mogła też być schowana na czarną godzinę. Archeolodzy i historycy mówią, że więcej będzie można powiedzieć za dwa, trzy lata. Podziemne banki Uważa się, że skarby trafiały do ziemi w wyniku zagrożenia – wojny lub najazdu, ale nie musiało tak być. Tak samo jak nie zawsze skarbami muszą być mieszki ze złotymi monetami czy worki biżuterii. Dla archeologów skarby to znaleziska gromadne niepowiązane z żadną osadą ani pochówkiem, jednorazowo zdeponowane. Przedmioty te najczęściej wykonane są z kruszcu, ale niekoniecznie, bo wszystko zależy od tego, co dla deponującego stanowiło największą wartość. – Przyczyn wyłączenia z obiegu, czyli tezauryzacji, mogło być wiele – zagrożenie, chęć ukrycia majątku przed bliskimi, ale był to też sposób na przechowywanie nadwyżek dóbr – mówi archeolog i numizmatyk dr Mateusz Bogucki z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. – Skarbami są też znaleziska o charakterze kultowym, np. ofiary dla bogów lub ofiary zakładzinowe. W kościele w Roskilde, w Danii, w końcu XI w. wmurowano w fundamenty kościoła zestaw monet. Wiadomo było, że nikt do nich nie dotrze, dopóki kościół się nie zawali. Bo skarby kultowe tym różnią się od innych, że z założenia były bezzwrotne. Chowanie w ziemi wartościowych przedmiotów, jak narzędzia czy broń, zdarzało się już w pradziejach. Tezauryzacja zyskała popularność w okresie wpływów rzymskich na terenie Barbaricum. W Polsce znaleziono kilka skarbów rzymskich (np. w Zagórzynie, koło Kalisza, w 1927 r. 3 tys. srebrnych denarów i złotych monet z V w.), ale najwięcej takich odkryć miało miejsce w Wielkiej Brytanii. W zeszłym roku na polu w Somerset poszukiwacz Dave Crips znalazł dzban z 52 tys. rzymskich monet z III w., których wartość odpowiadała wysokości czteroletniego żołdu legionisty. Szczęście spotkało Davida Bootha, który na pierwszej wyprawie z wykrywaczem metali w 2009 r. natrafił na cztery złote torkwesy – obręcze do noszenia na szyi z II/I w. Znalezione przez niego w szkockim hrabstwie Stirlingshire torkwesy były ulubionymi ozdobami barbarzyńców, doskonale nadającymi się na lokatę kapitału. Europę ogarnęło prawdziwe szaleństwo chowania skarbów w ziemi między IX a XII w. – W samej Gotlandii zarejestrowano ponad 700 takich znalezisk z tego czasu. Nie do końca rozumiemy przyczyny tego zjawiska, ale łączy się to ze specyficznym modelem gospodarki – tłumaczy dr Bogucki. – Ponieważ w Polsce do początku XI w. monety były warte tyle co kruszec, często zakopywano srebrny złom, czyli pokruszone i połamane monety i ozdoby zwane siekańcami. Zdaje się, że z czasem, w późnym średniowieczu i nowożytności, rzeczywiście coraz częściej przyczyną, dla której człowiek wolał oddać swoje mienie na przechowanie ziemi niż innemu człowiekowi, było zagrożenie lub związana z nim trauma. Potwierdza to chociażby wydarzenie sprzed kilku miesięcy z Bytomia, gdzie dwaj robotnicy wymieniający okna natrafili pod parapetem jednego z mieszkań na ukryte ruble, dolary i biżuterię z początku XX w. Sprzedali je za 20 tys. zł, ale ich nagłe wzbogacenie się wzbudziło podejrzenia. Śledztwo wykazało, że monety schowało małżeństwo repatriantów ze Wschodu, którzy zmarli nie wyjawiając wnukowi – jedynemu spadkobiercy – miejsca ukrycia skarbu. Podobnie mogło być ze srebrem z Wiener Neustadt. Ci, którzy go zakopali, nie powiedzieli nikomu o skrytce. Opłacalny przypadek W historii odkrycia skarbu w Wiener Neustadt niektórym zabraknąć może mocnego zakończenia, bo oddanie skarbu badaczom jest szlachetne, ale nie podnosi adrenaliny. Wielu osobom trudno zrozumieć, dlaczego Andreas K. nie wziął nagrody (wartość skarbu wyceniana jest na kilkaset tysięcy euro). Tymczasem sprawa nie jest taka prosta, gdyż, po pierwsze – mógł jej po prostu nie chcieć, po drugie – w Austrii wcale nie jest to takie proste jak w Wielkiej Brytanii, gdzie znalazca – niezależnie od tego czy przypadkowy, czy nie – ma prawo do nagrody, którą dzieli się z właścicielem pola. Tak było w przypadku anglosaskiego skarbu w Staffordshire, odkrytego w 2009 r. przez żyjącego z renty poszukiwacza zabytków Terry’ego Herberta. 3490 przedmiotów ze złota (5,1 kg), srebra (1,4 kg) i drogich kamieni datowanych od VI do VIII w. wyceniono na 3 mln 285 tys. funtów. Muzeum w Staffordshire, które chce przejąć te zabytki, musi wypłacić tę sumę Herbertowi i właścicielowi pola. U nas nagroda należy się tylko przypadkowym znalazcom, takim jak Marcin Ziętal ze Skib, który dwa lata temu zgłosił odkrycie brązowej biżuterii sprzed 2,7 tys. lat, za co Ministerstwo Kultury przyznało mu 15 tys. zł. Na nagrodę w żadnym wypadku nie mogą liczyć szperacze posługujący się wykrywaczami metali. Kiedyś skarby znajdowano przypadkowo. Pierwszy ich wysyp miał miejsce w XIX w., co wiązało się z głębszą orką, która wydłubywała z ziemi garnki pełne pieniędzy, oraz z narodzinami archeologii i pojawieniem się ludzi, którzy zajęli się rejestracją takich odkryć. Dobrym przykładem jest znaleziony w 1882 r. w Witaszkowie koło Gubina scytyjski skarb z VI w. składający się z 20 najwyższej klasy artystycznej przedmiotów ze złota (część zaginęła w czasie wojny, część można zobaczyć w Berlinie). Z czasem jednak zorientowano się, że zabytki archeologiczne można dobrze sprzedać, więc liczba zgłoszeń przypadkowych odkryć spadła. Teraz, kiedy każdy może kupić wykrywacz metali, jest jeszcze gorzej. – Większość skarbów odkrywanych w Polsce przez poszukiwaczy nie trafia do badaczy, tylko są spieniężane. Z szacunków wynika, że co roku znajdowanych jest u nas od kilku do kilkunastu skarbów, ale informacje o nich są szczątkowe – mówi dr Bogucki. Wynika to przede wszystkim ze złego prawa, dogmatycznej postawy części środowiska archeologicznego i złego funkcjonowania służb konserwatorskich. Na szczęście takie znaleziska zdarzają się też archeologom prowadzącym badania na terenach przeznaczonych pod inwestycje. W 2006 r. archeolodzy natrafili w Łosieniu (dzielnica Dąbrowy Górniczej) na garnek z tysiącem srebrnych monet z XII w. W tym samym roku w Małogoszczy koło Kielc, w trakcie robót ziemnych przy podłączaniu kanalizacji do domku jednorodzinnego, znaleziono naczynie z ponad 400 monetami z XI w. Właściciel zgłosił znalezisko, podobnie jak w zeszłym roku zrobiły to trzy panie z Bonina (okolice Koszalina), które sadząc kwiatki natrafiły na dwa dzbany z 4300 monetami z tego samego okresu. Królewskie klejnoty Czasami odkrycia skarbów zgłaszają detektoryści. Tak było w przypadku ponad 800 srebrnych monet i siekańców z XI w. znalezionych koło Mózgowa, w okolicach Iławy, które były drugą częścią skarbu znalezionego w tym miejscu w XIX w. i zaginionego w czasie II wojny światowej. Specjalistą od badania miejsc dawnych odkryć na terenie Wielkopolski jest poznański archeolog Mirosław Andrałojć, który natrafił na resztki znalezionych wcześniej skarbów z X i XI w. w takich miejscowościach, jak Kąpiel, Dzierznica, Zalesie czy Rogoźno. To ważne, bo w badaniu skarbu najbardziej liczy się odnalezienie go w całości. – Tylko wtedy możemy rekonstruować stosunki gospodarcze – podkreśla dr Bogucki. – Może i najwięcej skarbów pochodzi z wczesnego średniowiecza, ale najwspanialszy jest XIV-wieczny skarb średzki, w którym oprócz monet są także klejnoty królewskie i w dodatku, jak żaden inny, daje się powiązać z konkretnymi osobami i wydarzeniami historycznymi. Najpierw wiosną 1985 r. w miejscowości Środa Śląska, na Dolnym Śląsku, operator koparki natrafił na garnek pełen srebrnych monet. Trzy lata później kawałek dalej łyżka koparki zahaczyła o kolejne naczynie, tym razem wypełnione srebrnymi i złotymi monetami oraz klejnotami. Gdy archeolodzy zjawili się na miejscu, skarbu już nie było. Kilka lat minęło, zanim udało się go odzyskać, choć do dziś nie ma pewności, czy w całości. Od razu było jasne – w Środzie Śląskiej natrafiono na skarb o największej randze państwowej. Wśród klejnotów była bowiem korona zdobiona 193 szmaragdami, szafirami, akwamaryną, granatami i perłami, dwie pary zawieszek w stylu bizantyńskim i węgierskim, bransolety, pierścienie i wysadzana drogimi kamieniami zapinka. Historycy na podstawie zachowanych dokumentów doszli do wniosku, że muszą to być klejnoty z posagu Blanki de Valois, żony Karola IV Luksemburczyka, króla Czech i Niemiec, który w 1355 r. został cesarzem. Młoda żona nie doczekała cesarskiej koronacji, ale jej posag miał wpływ na karierę męża. Potrzebujący gotówki Karol IV poszedł za radą Jana ze Środy Śląskiej i zastawił posag Blanki u Mojżesza – bogatego średzkiego Żyda. Kupiec musiał ukryć skarb w połowie XIV w. podczas prześladowań Żydów średzkich, oskarżanych o sprowadzenie na miasto dżumy. Mojżesz najprawdopodobniej zginął i zabrał ze sobą do grobu tajemnicę królewskiego skarbu. Dziś posag Blanki de Valois można oglądać w muzeum w Środzie Śląskiej. W przypadku najliczniejszych w Polsce skarbów wczesnośredniowiecznych trudno badaczom poznać imiona ich właścicieli. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to w przypadku skarbów średniowiecznych i nowożytnych znajdowanych w miastach, gdzie zachowały się dokumenty i listy właścicieli kamienic. Ustalenie właściciela udało się w przypadku skarbu znalezionego w lipcu 2010 r. w piwnicy Muzeum Historycznego Warszawy, na rynku Starego Miasta. Archeolodzy natrafili na 1211 monet z lat 1623–1707. – Dzięki temu, że skarb był w całości, mogliśmy ustalić, że stanowił on jednostkę rozliczeniową odpowiadającą 333,33 złotym polskim, czyli ok. 10 tys. gr – mówi archeolog Ryszard Cędrowski. – Z dokumentów wynika, że w 1703 r. kamienicę kupił grecki winiarz Krzysztof Kisz. Był jej właścicielem do 1713 r. Prawdopodobnie to on podzielił 1000 zł na trzy części i jedną z nich schował w piwnicy domu w czasie trwania wojny północnej (1700–21), gdy Warszawa przechodziła z rąk do rąk. Wieczne zagadki Nie wszystkie skarby tak łatwo zdradzają swoje tajemnice. W marcowym wydaniu brytyjskiego kwartalnika „Antiquity” pojawił się artykuł podsumowujący badanie anglosaskiego skarbu z Staffordshire. Badacze ujawniają, że Terry Herbert wykopał go w miejscowość Ogley Hay. Ponieważ skarb zakopano na wzniesieniu przy biegnącej w pobliżu rzymskiej drodze, zdawało się, że mógł być łupem rabusiów okradających podróżnych. Niestety, nie bardzo pasuje do tego zestaw znalezionych przedmiotów. Oprócz złotego złomu dominują w nim ozdoby militariów – rękojeści mieczy i noży oraz hełmu – nie ma monet ani rzeczy kobiecych, którymi najczęściej handlowano. Kolejna interpretacja zakładała, że w Ogley Hay zakopano łupy z pola bitwy, ale i to jest wątpliwe, bo przedmioty pochodzą z różnych okresów (od połowy VI w. do początku VIII w.), w dodatku brakuje broni czy wykończeń włóczni, pancerzy, pochew czy pasów. Zaczęto zatem rozważać, czy przypadkiem skarb nie jest efektem rabunku jakiejś sali pamięci albo depozytu w pogańskim sanktuarium. Obraz jeszcze bardziej zaciemnia obecność dwóch krzyży i inskrypcji na złotej blaszce. Skarb ze Staffordshire nadal tajemniczo milczy na temat swojej historii. Nawet jeśli nie zawsze potrafimy opowiedzieć, jaka była bezpośrednia przyczyna tezauryzacji większości skarbów, jedno jest pewne – ktoś chciał ukryć swoją własność, ktoś o niej zapomniał lub nie miał możliwości, by ją podjąć z tego podziemnego banku, i dzięki temu zbiegowi okoliczności możemy dziś podziwiać prastare klejnoty i monety. Rz: Jest pan kolejnym antykwariuszem, który potwierdza, że rodacy wyrzucają na śmietniki dobra kultury narodowej o wartości historycznej, patriotycznej i materialnej. Czym wytłumaczyć to niepokojące zjawisko? Tomasz Marszewski: Zaskakuje mnie to niezmiennie od lat. Nie potrafię się z tym pogodzić ani do tego przyzwyczaić. Ostatnio ze śmietnika trafiły do mnie rzadkie druki konspiracyjne z okresu stanu wojennego, a także pierwodruki naszych największych poetów z czasów okupacji niemieckiej. Podobne przykłady mogę niestety mnożyć. Wyrzucanie dóbr kultury narodowej na śmietniki wynika na pewno z braku edukacji szkolnej, prasowej, telewizyjnej. Ktoś, kto wyrzuca takie przedmioty na śmietnik, nie wyniósł z domu rodzinnego zamiłowania do kultury. Nie wyniósł z domu zamiłowania do pieniędzy. Przez lata trafiały do mnie zwłaszcza zabytkowe fotografie zniszczone tym, że ktoś wyrzucił je na śmietnik i tam zamokły. Od lat kolekcjonerzy gotowi są płacić wysokie sumy, ale tylko za przedmioty w idealnym stanie. Jeśli książka, rękopis, grafika lub fotografia są uszkodzone, to istotnie tracą wartość materialną. Kiedy odwiedzam pana antykwariat, mimo woli obserwuję, jak właściciele oferują do sprzedaży książki cenne i rzadkie, porządnie wydane po wojnie. Niestety książki te często wyglądają tak, jakby je pies przeżuł. Większość ludzi chyba nie rozumie, że książka może być rodzajem materialnego zabezpieczenia, bo w trudnych sytuacjach bytowych można ją sprzedać. Ale można ją sprzedać tylko pod warunkiem, że jest w dobrym stanie. Mam teraz np. pierwsze wydanie „Starej baśni” Kraszewskiego z ilustracjami Andriollego. Jest to egzemplarz, powiedzmy, z wyraźnymi śladami ciężkich przeżyć, dlatego kosztuje tylko 300 zł. Gdyby książka była w dobrym stanie, miałaby cenę ok. 1,5 – 2 tys. zł. Faktycznie po wojnie pięknie wydano wiele książek, które coraz częściej trafiają na aukcje. W czasach PRL byli świetni ilustratorzy, np. Henryk Tomaszewski, Daniel Mróz. Te piękne edycje właściciele przynoszą do mnie w stanie bardzo różnym. Od 1990 roku prowadzi pan antykwariat książkowy w Warszawie przy ul. Żelaznej. Mówi się, że to robotnicza Wola, żadnych tradycji inteligenckich, a pana stałymi klientami są najwięksi kolekcjonerzy. Dr Tomasz Niewodniczański kupował u mnie przede wszystkim książki z autografami lub dedykacjami znanych autorów dla różnych postaci historycznych. Kupił np. książkę z dedykacją napisaną przez Stanisława Wyspiańskiego. Jego najbardziej spektakularny zakup to „Księga gości” z pałacu Potockich w Krzeszowicach, gdzie były wpisy Hermana Goeringa, marszałka Petaina, słynnych dyplomatów i oczywiście polskiej arystokracji. Moim klientem jest Marek Potocki. Często kupuje Waldemar Łysiak. W książki z dziedziny filozofii zaopatrywał się Janusz Palikot. Z wieloma poważnymi bibliofilami jestem w stałym kontakcie telefonicznym. O ciekawych pozycjach z czasów konspiracji 1939 – 1945 zawiadamiam Władysława Bartoszewskiego. Prawnicy polują na zabytkowe książki prawnicze, zapewne do wystroju gabinetów. Zaopatrywał się u mnie nieżyjący już bibliofil Juliusz Wiktor Gomulicki. Stałym pana klientem jest Biblioteka Narodowa. Z każdej aukcji kupuje 100 –150 pozycji. Są to najczęściej druki ulotne. Z ostatniej aukcji kupiła duży zbiór okupacyjnej prasy konspiracyjnej, w tym z powstania warszawskiego. Na najbliższej aukcji, która odbędzie się w połowie listopada, trafi pod młotek sporo konspiracyjnej prasy, ulotek, broszur z lat 1939 – 1945. Będzie tam też album kilkudziesięciu fotografii z powstania styczniowego. Są tam postacie, których trudno nie rozpoznać, jak np. ks. Brzózka. Najciekawsze są stroje z epoki i broń powstańców! Ile kosztują unikatowe druki konspiracyjne z powstania warszawskiego? Ceny wywoławcze wynoszą ok. 40 – 60 zł, może to być powstańcza gazeta lub ulotka, które zachowała się w jednym egzemplarzu. Często Biblioteka Narodowa kupuje to po cenie wywoławczej. Nikt nie bije się o pamiątki narodowe?! Tłumy walą do Muzeum Powstania, ale wśród kolekcjonerów obserwuję coraz mniejsze zainteresowanie szeroko rozumianą tematyką patriotyczną. W czasach PRL była poszukiwana, może dlatego, że wtedy był to owoc zakazany. Na aukcjach innych firm stosunkowo młodzi ludzie płacą za białe kruki po 100 tys. zł lub więcej. Coraz częściej bogaci klienci traktują zabytkowe książki tylko jako lokatę lub prestiżową dekorację gabinetu w rezydencji lub apartamencie. Oferowane przeze mnie ulotki wyglądają nieefektownie... Ze swoją ofertą wszedł pan w rynkową niszę. Oferuje pan to, co inne antykwariaty lekceważyły i lekceważą, różne jak to się mówi szpargały. Pan jako jeden z pierwszych zaczął handlować np. starą fotografią i zabytkowymi drukami firmowymi. Na początku lat 90. kupiłem dużą ilość lwowskich druków firmowych. Większość pochodziła z XIX wieku, najpóźniejsze z czasów I wojny światowej, było tam sporo judaiców. Były bardzo ciekawie rozwiązane pod względem graficznym. Niewykluczone, że projektowali je artyści o znanych nazwiskach, ale nie było i nie ma dostępnych opracowań na ten temat. Muzea nie zainteresowały się tymi drukami. Przez lata rozkupili je prywatni bibliofile. Niektórzy po raz pierwszy zwrócili uwagę na tego typu zabytki. Parę lat temu można było kupić u pana za 20 zł „Scenariusze” Kieślowskiego z dedykacją autora dla znanej osoby. Co teraz mogę kupić z półki? Zawsze warto szukać okazji... Na pewno nie jest to drogi antykwariat. Czy ktoś kupuje książkę za 10 złotych czy za 10 tysięcy jest traktowany z taką samą atencją. Mam ok. 30 reprintów, np. poszukiwany herbarz Bonieckiego, który kosztuje 2,5 tys., gdy oryginał miałby cenę co najmniej 6 tys. zł. Zawsze od ręki sprzedaje się Izabeli Czartoryskiej „Sztuka zakładania ogrodów”. Mam reprint encyklopedii Orgelbranda w 28 tomach (2,5 tys. zł). Mam w tej chwili książkę z dedykacją Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego, który przyczynił się do tłumienia społecznych buntów w 1976 roku. Są ciekawe pozycje z dziedziny krajoznawstwa polskiego, a tematyka ta cieszy się wielkim powodzeniem. Jest pan członkiem Towarzystwa Bibliofilów Polskich, co to panu daje? Spotykam tam ludzi, którzy kolekcjonerstwo traktują z pasją. Wiele się od nich uczę. Kolekcjonerzy to nierzadko wybitni badacze dziedziny, która ich interesuje. Często mają wiedzę większą niż naukowcy z branży. Niestety wiedza kolekcjonerów rzadko jest wykorzystywana, publikowana. Czytamy w prasie, że muzea dokonują nietrafionych zakupów. Gdyby muzea korzystały z głębokiej wiedzy kolekcjonerów, nie byłoby wielu afer. Z niepokojem myślę, że średnia wieku w towarzystwie jest między 60 a 70 lat. Nie ma zbyt dużego dopływu świeżej krwi. Rozmawiamy w Bibliotece Narodowej na wystawie, którą warto polecić kolekcjonerom. Przedstawiono tu z krajowych muzeów i zbiorów prywatnych resztki kolekcji Tarnowskich z Dzikowa. Jako antykwariusz przeżywa pan przygody wynikające z naszej skomplikowanej historii. Osiem lat temu opisywaliśmy dokument z pana oferty, o który upomniała się rodzina znanych przemysłowców z USA. Coraz częściej bogaci klienci traktują zabytkowe książki tylko jako lokatę lub prestiżową dekorację gabinetu w rezydencji albo apartamencie Sprzedałem również dokumenty prawne, z których wynikało, jakie dzieła sztuki Braniccy sprzedawali w okresie międzywojennym. O te dokumenty stoczyła bój rodzina Branickich i Muzeum w Wilanowie. Braniccy wygrali, ale dla muzeum sporządziłem ksero. Osoba, która mi je sprzedała, przypadkowo nabyła je na jarmarku perskim na Kole. Niestety proweniencja większości obiektów w handlu antykwarycznym, z powodu kataklizmów historycznych, jest nieznana. News Czy ktoś z Was marzył w dzieciństwie o znalezieniu prawdziwego skarbu? 🙂 Tak się składa, że pewien użytkownik Reddita dokonał niesamowitego odkrycia podczas sprzątania domu swoich dziadków w stanie Tennessee (USA). Bohater tej historii występujący na Reddicie pod nickiem ‘Evilenglish‘ napisał: „Ten dom odziedziczył mój Tato po swoich dziadkach. Tato jakiś czas temu odszedł i dom odziedziczyłem ja. Przez ponad 20 lat mieszkali w nim moi dziadkowie, którzy kupili go na przełomie lat 70. i 80. Zabraliśmy się za porządkowanie domu, by wystawić go na sprzedaż…” Wszystko zaczęło się za tymi drzwiami… W schowku tuż pod schodami był stary, brudny dywan z którym ‘Evilenglish‘ postanowił się rozprawić… … po zdjęciu dywanu odkrył dziwnie wyglądającą podłogę… … jak się pewnie domyślacie, był to ukryty sejf… Przez kilka dni starali się go (bezskutecznie) otworzyć stosując różne kombinacje, w tym daty urodzin dziadków. Ponieważ odkrycia dokonali w piątek, ślusarz wezwany do pomocy pojawił się dopiero po weekendzie… Chwile to trwało. To co znaleźli w środku przeszło ich najśmielsze oczekiwania! W sejfie znaleźli całe mnóstwo albumów i klaserów wypełnionych starymi monetami i starych banknotów. Banknoty zostały zniszczone przez wilgoć, ale monety (w większości) były świetnie zachowane. „Wiedziałem, że babcia kolekcjonowała monety i inne drobiazgi, ale nie sądziłem że jest tego aż tyle” pisał na portalu Reddit szczęśliwy znalazca. Wśród znalezionych okazów były srebrne monety… … i srebrne sztabki z 1788 roku! Jak widać na zdjęciach, było tego całkiem sporo Poza monetami i banknotami znaleźli również skrzynkę z zegarkami i biżuterią. Co ciekawe nie był to jedyny skarb odkryty na farmie należącej niegdyś do dziadków znalazcy. Nieco wcześniej w tym samym roku, wraz z bratem wynosili część mebli. Gdy odsunęli stół kuchenny znaleźli ukryty sejf. Udało się załadować go na ciężarówkę i zawieźć do pracy. Tam otworzyli sejf i znaleźli między innymi kilka pistoletów, 300 jednodolarówek oraz tak zwane „Barr Notes”. Były to banknoty unikalne ze względu na to, iż minister skarbu, którego podpis widniał na nich (Joseph W. Barr), urzędował zaledwie 29 dni na tym stanowisku…. za oraz

skarby znalezione po wojnie